„Rzeszów – Bielefeld – Partnerstwo tętniące żywą muzyką”
Informację udostępniono: 02.11.2011 13:51
Szczególny wieczór koncertowy mieli okazję przeżyć mieszkańcy Bielefeldu (od 20 – tu lat miasto partnerskie Rzeszowa) w pomieszczeniach nowo wyremontowanej Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie. Alexander Kalajdzic, Generalny Dyrektor Muzyczny z Bielefeldu, został gorąco przyjęty przez melomanów po tygodniu prób do polsko-niemieckiego koncertu. W repertuarze znalazły się utwory Wagnera, Paderewskiego i Brahmsa. Pianista Adam Wodnicki zabisował czterokrotnie.
Kalajdzic dyrygował na zaproszenie dyrektora Filharmonii Podkarpackiej, Marty Wierzbieniec, której współpraca ze stroną niemiecką stanowi żywą część partnerstwa obu miast. Przyszły rok ma zaowocować kolejnymi projektami między Teatrem z Bielefeldu a muzykami i śpiewakami z Rzeszowa. Koncert rozpoczęto dziełem Ryszarda Wagnera (1813 – 1883) – uwerturą „Polonia” – muzycznym nawiązaniem do przyjaźni polsko – niemieckiej. Poprzez mistrzowską dyrygenturę – przy ekspresyjnych pasażach wypełnionych dźwiękami bębnów - Kalajdzic zaprezentował swój wysoki profesjonalizm. Mistrzowskimi ruchami batuty dyrygent trafił do serc zachwyconej polskiej publiczności.
Wzruszający krasomówca historii muzyki Ignacy Jan Paderewski (1860 – 1941), dzięki wykonaniu „Koncertu na fortepian , a –moll op. 17” stał się dla niemieckich słuchaczy nowym odkryciem w polskiej tradycji muzyki symfonicznej. Genialność znanego pianisty o międzynarodowej sławie, Adama Wodnickiego, zabłyszczała już w utworze „Allegro” w intymnej grze orkiestry i solisty. Kalajdzic zaprezentował po mistrzowsku jasną interpretację wnętrza kompozycji.
Muzycy sprezentowali swojej polsko-niemieckiej publiczności czarujące, pełne radości dialogi między fortepianem a kotłami i obojem. Delikatny w swym charakterze „Romans” został zagrany przez Wodnickiego delikatnie i refleksyjnie. Grzmoty kotłów przechodzące w żwawe „Allegro molto vivace” ukazały mistrzowską klasę Wodnickiego. Sala wrzała od zachwytu, a mistrz bisował wspaniałomyślnie czterokrotnie.
Po przerwie publiczność wysłuchała czteroczęściowej „IV Symfonii e-moll op. 98” Johanna Brahmsa (1833 – 1897). Szczególnie czwarta część ukoronowała Międzynarodowe Spotkania z Muzyką. Solówki na flecie bocznym, fagocie i basie stworzyły magiczną atmosferę. Melomani dziękowali gromkimi oklaskami. Alexander Kalajdzic odwdzięczył się wymagającej publiczności głębokim ukłonem.
Źródło: Dziennik „Neue Westfällische”, autor: Christiane Gerner
Rzeszów/Bielefeld, 24.10.2011 r.
Pamięć.
W Filharmonii Podkarpackiej.
Szczecińskie akcenty. „Kurier Szczeciński” X 2011
SZCZECIŃSCY melomani dobrze pamiętają osobę Stefana Marczyka, który przez prawie 20 lat był dyrektorem Filharmonii Szczecińskiej. Dyrygent, pedagog, społecznik, wielki animator życia kulturalnego w naszym mieście zmarł w 1993 roku, a o jego dokonaniach przypomina młodszym piękna tablica pamiątkowa, którą w budynku filharmonii wmurowano 8 lat temu.
Stefan Marczyk należał do grona czołowych polskich dyrygentów, studiował w Krakowie pod kierunkiem Artura Malawskiego, którego imię nosi obecnie Filharmonia Podkarpacka w Rzeszowie. I właśnie w Rzeszowie 30 września tego roku przypomniano życie i twórczość Stefana Marczyka, poświęcając mu wystawę, wieczór wspomnień z udziałem przyjaciół i uczniów, na który zaproszono żonę dyrygenta Iskrę Marczyk. Był także specjalny koncert z muzyką filmową, nawiązujący do tego ważnego, choć mniej znanego wątku, w pracy dyrygenta.
Rzeszów pamięta o Stefanie Marczyku, który urodził się w 1924 roku na tej ziemi, w małej wiosce Nienadówka i stamtąd powędrował w daleki świat, osiadając na końcu w Szczecinie. Rzeszów był nie tylko ziemią rodzinną dyrygenta, bo tu zaczynał on swoją drogę artystyczną, pełniąc w 1944 roku funkcję szefa muzycznego teatru. Wystawę poświęconą artyście zorganizowano z okazji Międzynarodowego Dnia Muzyki, który uświetniony został sesją naukową przygotowaną przez Rzeszowskie Towarzystwo Muzyczne. W programie sesji znalazł się referat pod tytułem „Wątek rzeszowski w życiu i działalności Stefana Marczyka”, przygotowany i wygłoszony przez Andrzeja Szypułę, wiceprezesa Towarzystwa, który przed laty mieszkał i pracował w szkolnictwie muzycznym w Szczecinie.
W Rzeszowie wspominano maestro Stefana Marczyka, a zarazem z oczywistych powodów wiele mówiono o jego działalności w Szczecinie. Była ku temu także okazja w trakcie rozmowy Iskry Marczyk z prezydentem miasta, który zaprosił ją na kurtuazyjne spotkanie do ratusza. Rzeszowskie Towarzystwo Muzyczne uhonorowało Iskrę Marczykową Honorowym Medalem podkreślając szczególnie dokumentacyjne wartości jej książki wspomnieniowej o Stefanie Marczyku.
Grzegorz Dowlasz
Nowy sezon w Filharmonii Rzeszowskiej zapowiada nową jakość kulturalną w Rzeszowie, bo został skrojony na miarę nowoczesnego wnętrza, jakie zyskał w ciągu ostatniego roku stary budynek. Będą gwiazdy z najwyższej półki. Najjaśniejsza z nich to sopranistka Aleksandra Kurzak.
EWA STRUSIŃSKA - DYRYGENT
![]() |
| Ewa Strusińska |
Kobieta - dyrygent, jak się Pani czuje w tym „męskim świecie”?
To rzeczywiście męski świat, ale zmienia się bardzo wiele na tym polu. Jestem przekonana, że za dwadzieścia lat nikt nie będzie zadawał takiego pytania, i to będzie znak, że skończyły się czasy „dyskryminacji” płci w tym zawodzie. Jest bardzo wiele utalentowanych dyrygentek, a Polska jest zagłębiem takich talentów - zwłaszcza jeśli chodzi o młodsze pokolenie, do którego ja też należę. Ostatnio prowadziłam kurs w jednym z polskich miast, większość studentów, to były dyrygentki, i to one były najlepsze. W zawodzie dyrygenta szczyt kariery osiąga się w wieku około 50 lat. To jest bardzo długa droga. Jeśli pomyślimy o kobietach – dyrygentkach, które jakiś czas temu zaczęły się kształcić, to efekty ich edukacji będziemy widzieć za kilkadziesiąt lat.
Co było dla Pani impulsem do podjęcia takiej drogi życiowej, tradycje rodzinne?
Dla każdego istotne jest to, żeby ten zawód był podbudowany „muzycznymi genami”, moja mama jest związana ze światem muzycznym -tańczy, mój tata uczył, dyrygował, więc to musiało we mnie tkwić. W szkole średniej stwierdziłam, że to jest cudowny zawód.
Nie miałam wtedy jeszcze pojęcia o tym wszystkim, co związane jest z dyrygenturą. Podobał mi się pomysł prowadzenia grupy ludzi i robienia czegoś wspólnie. Zaczynałam edukację od gry na fortepianie, a to jest specyficzny instrument, gra się mniej kameralistyki, mniej pracuje się z ludźmi, a mnie zawsze pociągało grupowe tworzenie muzyki.
Jakie trzeba mieć predyspozycje osobowościowe, żeby uprawiać ten zawód?
Trzeba być dobrym psychologiem, to jest chyba najważniejsza rzecz, bo jest to stanowisko kierownicze. To nie są czasy, w których dyrygenta uważa się za Boga. Dyrygent to nie jest dyktator, ale osoba, która mądrze prowadzi grupę. No i potrzebna jest oczywiście charyzma i dyplomacja.
Brała Pani udział w bardzo wielu kursach dyrygenckich prowadzonych przez wybitnych mistrzów batuty, od kogo nauczyła się Pani najwięcej?
Jest wiele osób, które na coś nam wskazują i te wskazówki zostają w pomięci. Najważniejszą osobą na początku mojej edukacji był prof. Bogusław Madey, u którego zaczynałam studia. On dał mi podwaliny sztuki dyrygenckiej. Później (kiedy prof. Madey zmarł) prof. Ryszard Dudek, Jerzy Salwarowski (wtedy pierwszy raz dyrygowałam orkiestrą), Antoni Wit i Vladimir Kiradjiev – obecny szef artystyczny Filharmonii Rzeszowskiej. Teraz mam wielu mentorów angielskich. Dla młodego dyrygenta ważne jest, żeby mieć koło siebie kogoś, kto pomaga przedzierać się przez ten świat, bo to jest ciężki zawód.
Kto teraz pomaga Pani torować tę zawodową drogę?
Niewątpliwie szef mojej orkiestry Mark Elder - jestem jego asystentką. To doskonały muzyk, fantastycznie pracuje nad partyturą, potrafi wydobyć z orkiestry to, co najlepsze.
Wiele się od niego uczę.
Czy jest jakaś różnica między techniką pracy dyrygenta w Polsce, a w Wielkiej Brytanii?
O tak. W Wielkiej Brytanii pracuje się bardzo szybko. Orkiestra, z którą pracuję potrafi przygotować program symfoniczny w ciągu trzech godzin. Mam często próbę tylko w dniu koncertu. Jeżeli przygotowujemy jakiś większy koncert, to wtedy próby zaczynamy we wtorek, a pierwszy koncert jest w środę, lub w czwartek. Zupełnie inna jest metoda pracy. Wiele problemów rozwiązuje sama orkiestra, w przeciwnym razie koncert nie byłby tak dobry. Atutem jest to, że orkiestry angielskie niezwykle szybko czytają a vista i świetnie reagują na gesty dyrygenta. Czasem gramy jakiś utwór w całości po raz pierwszy dopiero w czasie koncertu.
Kluczową sprawą jest chyba sposób kształcenia młodych muzyków?
Bardzo duży nacisk kładzie się w Anglii na czytanie a vista, dzieci grają w orkiestrze niemal od początku swojej edukacji, odkąd właściwie są w stanie zagrać cokolwiek. Nawet uczeń bardzo mało zaawansowany w grze na instrumencie już próbuje grać w orkiestrze.
Na koncerty przychodzi dużo publiczności?
Tak, dlatego właśnie przygotowujemy trzy różne koncerty w tygodniu, czasami przyjeżdża gościnny dyrygent, który pracuje nad jeszcze innym repertuarem. Kładzie się duży nacisk na szybką pracę. Jest to ogromny trening dla dyrygenta. Często takie „spięcie się” zespołu pomaga w uzyskaniu zamierzonego efektu.
Jaka jest angielska publiczność?
Dobrze wyedukowana, wiele osób działa w amatorskim ruchu muzycznym. Koncerty orkiestr amatorskich są na bardzo wysokim poziomie, czasami takie zespoły nie różnią się od naszych orkiestr zawodowych, grają trudne programy.
Jak wspomina Pani swój debiut operowy?
Mój debiut operowy, to było prowadzenie opery Janáčka- Przygody lisiczki chytruski. Tytuł brzmi bardzo infantylnie, ale jest to muzyka trudna dla wszystkich wykonawców.
To było wrzucenie mnie na głęboką wodę. Nie pracowałam wcześniej nad żadną operą, więc wydawało mi się, ze tak musi byś (śmiech). Poszło bardzo dobrze i w tej chwili wspominam to z dużym rozrzewnieniem, lubię operę. W następnym roku pracowałam nad Weselem Figara, w którym było zdecydowanie mniej problemów technicznych dla dyrygenta.
Jest Pani finalistką Międzynarodowego Konkursu Dyrygenckiego im. G. Mahlera w Bamberg, czy konkursy są wciąż przepustką do kariery?
Na konkursy przyjeżdża wiele osób, które są zainteresowane znalezieniem młodego, utalentowanego dyrygenta. To jest tak forma dyrygenckiego rynku. Musimy się pokazywać. Przy okazji uczymy się nowego repertuaru, poznajemy nowych ludzi, dzielimy się naszymi doświadczeniami, ale i frustracjami i problemami. Niebezpieczeństwo jest wtedy, gdy jeździ się tylko z konkursu na konkurs - to jest już hazard. Zresztą wszystkie stanowiska zdobywamy właściwie na zasadzie konkursu, to czy orkiestra zaprosi nas raz jeszcze też zależy od tego, czy jej się spodobamy, czy zadziała między nami to, co nazywa się chemią.
W 1998 roku założyła Pani własny zespół…
To był pierwszy zespół, na którym właściwie „ćwiczyłam” swoje umiejętności. Wtedy jeszcze studiowałam chóralistykę. Nie wyobrażałam sobie życia bez posiadania własnego zespołu - to jest bardzo ważne dla każdego dyrygenta. To był zespół założony od podstaw przeze mnie, składał się wtedy z moich przyjaciół ze studiów. Bardzo dobrze sobie poczynał. Początkowo nosił nazwę „Strussingers”- od mojego nazwiska, później byliśmy Polskim Chórem Jeunesses Musicales, a teraz jesteśmy Warszawskim Towarzystwem Scenicznym. Braliśmy udział w realizacji Zemsty Nietoperza z Warszawskim Teatrem Muzycznym, pod batutą Jerzego Maksymiuka i wielu innych znakomitych dyrygentów. Cieszy mnie to, że ten zespół cały czas istnieje i koncertuje, mimo, że na razie nie ma mnie w Polsce.
To właśnie z tym zespołem otrzymała Pani nominację do nagrody Fryderyka w 2001 roku…
Tak, nagrywaliśmy wspólną płytę z orkiestrą Jeunesses Musicales - Kantatę do Świętej Cecylii Franciszka Lessla. To interesująca muzyka, w tamtym czasie rzadko wykonywana - spodobało się, i stąd ta nominacja.
Jaki rodzaj dramaturgii muzycznej najbardziej Pani odpowiada?
Obecnie lubię pracować nad muzyką słowiańską, może dlatego, że w Anglii jest jej niewiele. Oczywiście Czajkowski jest obecny na wszystkich scenach, cieszę się z tego, bo odnajduje się w tej muzyce, kocham ją. Lubię także muzykę Dvořáka i Janáčka.
A muzyka polska? Nie słyszy się jej często na zachodzie…
To prawda. Boleję nad tym, że tak niewiele robimy, żeby ją promować. Kiedy wyjeżdżałam z kraju, myślałam, że jednak muzyka polska istnieje intensywnie za granicą. Bardzo się zawiodłam, bo przez pierwsze dwa lat pobytu w Anglii słyszałam tylko kilka razy Koncert fortepianowy Chopina. Do Szymanowskiego podchodzi się z dużą rezerwą pomimo tego, czego dokonał Simon Rattle. Cenione jest szczególnie Stabat Mater Szymanowskiego, ale jest oczywiście problem ze śpiewaniem tekstu w języku polskim. Będę niebawem dyrygować utworami Karłowicz, pracowałam też nad Canzoną di barocco Henryka Czyża - to przepiękna miniatura na smyczki. Kiedy zagrałam ten utwór z moją orkiestrą w Sheffield, to Anglicy, którzy z reguły nie pokazują swoich emocji prawie się popłakali… Wszyscy łamali sobie języki, żeby wymówić nazwisko polskiego kompozytora. Jeden z moich muzyków tak był poruszony, że założył nawet w Wikipedii hasło o tym kompozytorze. Powinniśmy więcej wykonywać naszej muzyki, uporządkować materiały nutowe, żeby zagraniczne orkiestry zainteresowane tą muzyką miały łatwy do nich dostęp.
Trzeba przyznać, że Anglicy doceniają swoją muzykę, nawet tę, która nie jest z tzw. najwyższej półki…
Tak, pracuję z najstarszą orkiestrą w Anglii, jej szefem jest wspomniany przeze mnie Sir Mark Elder - nacisk na „angielskość” tej orkiestry jest bardzo duży. Za dwa miesiące będę prowadzić koncert w całości poświęcony muzyce angielskiej, a będą to utwory, których nigdy wcześniej nie słyszałam. Powinniśmy brać z Anglików przykład.
Dyrygent to, primus inter pares – pierwszy pośród równych?
Poniekąd tak.., pracujemy z orkiestrą razem, ale oczekuje się przecież od dyrygenta, że to on będzie prowadził.
Trudno połączyć życie osobiste z pracą dyrygenta?
Nie jest to łatwe. Trzeba szczęśliwie znaleźć partnera, bo jest to zawód pełen wyrzeczeń, życie domowe podporządkowane jest zawodowej pracy. To ciągłe podróżowanie, ciężko jest zapuścić korzenie, a przecież musi być kiedyś czas na założenie rodziny.
Wierzę, że uda się to połączyć.
Życzę Pani tego z całego serca
Z Ewą Strusińską rozmawiała Anna Wiślińska
Na widowni oprócz stałej grupy melomanów chętnie zasiadają ludzie młodzi
TAKIEJ FILHARMONII MOŻNA NAM POZAZDROŚCIĆ
Od kiedy dyrektorem Filharmonii Rzeszowskiej została prof. Marta Wierzbieniec, udział w koncertach stał się coraz powszechniejszym zwyczajem wśród mieszkańców naszego regionu. Na widowni • oprócz stałej grupy melomanów - chętnie zasiadają ludzie młodzi. Powód? Doskonale przygotowany repertuar, który świadczy o tym, że filharmonią kieruje kompetentna i pełna ciekawych pomysłów osoba.
Osoby, które znają Martę Wierzbieniec, są zgodnie w ocenach. Pani dyrektor jest osobą o wielkiej charyzmie i pasji, którą zaraża wszystkich dookoła. Ma duszę artysty i jednocześnie świetnie sprawdza się na kierowniczym stanowisku. W efekcie w przygotowywanym przez filharmonię repertuarze każdy znajdzie coś dla siebie, zarówno wytrawni melomani, jak i osoby, którym imprezy organizowane przez tę instytucję do tej pory były obce.
Współpracownicy cenią życzliwość i optymizm dyrektor Wierzbieniec, widownia podziwia za wysiłek włożony, by widzowie mogli w coraz bardziej komfortowych warunkach brać udział w koncertach, natomiast fotoreporterzy przyznają, że pani Dyrektor jest wdzięcznym
obiektem do fotografowania. Pani Marcie Wierzbieniec redakcja Super Nowości gratuluje osiągniętych sukcesów i trzyma kciuki za następne. Takiej filharmonii jak w Rzeszowie reszta Polski może tylko pozazdrościć.
Kad
Prof. Marta WIERZBIENIEC urodziła się w Sanoku. Mieszka w Rzeszowie, jest absolwentką Państwowego Liceum Muzycznego. Studiowała na Wydziale Wychowania Muzycznego krakowskiej Akademii Muzycznej w klasie dyrygowania. Ukończyła Podyplomowe Studium Chórmistrzowskie i Podyplomowe Studium Emisji Głosu w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Umiejętności dyrygenta chórmistrza doskonaliła w Szwajcarii, Belgii i Niemczech. Wielokrotnie brała udział w festiwalach i konkursach muzycznych, często zdobywając nagrody. Występowała m.in.: w Austrii, Belgii, na Białorusi, Słowacji, w Szwajcarii, Szwecji, Niemczech, we Wfoszech.
NIGEL KENNEDY ZE ŚMIETANĄ
Rewelacja w rzeszowskiej filharmonii: w marcu znany brytyjski skrzypek Nigel Kennedy i polski jazzman Jarek Śmietana zagrają utwory legendarnego gitarzysty Jimiego Hendriksa
MAGDALENA MACH
Nigel Kennedy w Rzeszowie zagra po raz pierwszy. Koncert odbędzie się 15 marca i już zapowiada się na muzyczne wydarzenie tego roku.
Melomani kochają go za wszystko: i za perfekcyjne wykonania, i za wędrówki od klasyki muzyki poważnej po klasykę rocka i jazz, a także za postpunkowy wizerunek i oryginalny styl bycia. Bo trudno nie kochać tak charyzmatycznego artysty, jednego z najbardziej cenionych wirtuozów naszych czasów, który z równym zaangażowaniem gra na wielkich scenach świata, jak i na spontanicznym jam session w jednym z krakowskich klubów jazzowych.
Kennedy był ulubionym uczniem legendarnego skrzypka Yehudi Menuhina i absolwentem elitarnej Juilliard Schooł of Musie w Nowym Jorku. Od debiutu w 1977 r. w prestiżowym London Royal Festival Hali pod batutą Riccardo Mutiego występował z najlepszymi światowymi orkiestrami i dyrygentami, pojawiał się na najważniejszych festiwalach w Europie oraz Stanach Zjednoczonych. Od samego początku swojej działalności artystycznej jest związany ekskluzywnym kontraktem z wytwórnią EM I. Jego dyskografia jest obszerna i wielokrotnie nagradzana
Powalił świat na kolana interpretacją „Czterech pór roku" Antonia Vivaldiego, które nagrał z English Chamber Orchestra w 1989 r. Płyta przez sześć miesięcy była na szczycie listy przebojów w Wielkiej Brytanii i została sprzedana w liczbie dwóch milionów egzemplarzy, co sprawiło, że została wpisana do Księgi rekordów Guinnessa jako najlepiej sprzedający się utwór muzyki klasycznej wszech czasów. Album „Vivaldi II - Nigel Kennedy & Berliner Philharmoniker" zdobył w Niemczech Nagrodę Echo za najlepsze wykonanie muzyki XVIII wieku oraz najwyższą austriacką nagrodę w dziedzinie muzyki klasycznej - Nagrodę Amadeusza za Najlepsze nagranie instrumentalne roku 2005.
Płyta „Polish Spirit" uhonorowana została statuetką Fryderyk 2008. Kennedy otrzymał wiele indywidualnych nagród, w tym m.in. w Wielkiej Brytanii - „za wkład w rozwój brytyjskiej muzyki" oraz tytuł Artysty Roku, we Francji - Gold Award, w Szwajcarii - Złotą Różę Montreux.
W Polsce Kennedy stał się popularny od czasu, kiedy wydał w 2003 r. płytę „East Meets East" z fenomenalną krakowską grupą Kroke; zresztą Kraków uwiódł muzyka na tyle, że zdecydował się tu zamieszkać.
W programie koncertu w rzeszowskiej filharmonii znajdą się jazzowe aranżacje utworów Jimiego Hendrixa są oraz własne kompozycje. Kennedy nie po raz pierwszy wziął na swój wirtuozerski warsztat kompozycje Hendriksa. Obaj muzycy mają wiele wspólnego: wpisują się w historię współczesnej muzyki jako wirtuozi i rewolucjoniści gry na swoich instrumentach, przełamując szablony i stereotypy. Ken-nedy czul od dawna to duchowe pokrewieństwo, w 1999 r. nagrał płytę zjego utworami „The Kennedy Experience", dzięki której muzyka Jimiego zyskała nowy wymiar i nową grupę odbiorców, bywalców sal koncertowych.
Na koncercie w Rzeszowie usłyszymy utwory Hendriksa według Nigela Kennedy'ego w jeszcze innej wersji -jazzowej. Artyście towarzyszyć będzie Jarek Śmietana, wybitny polski gitarzysta i kompozytor jazzowy oraz Wojciech Karolak, Adam Kowalewski i Krzysztof Dziedzic.
Bilety są w cenie: 120 i 100 zł dla posiadaczy abonamentu. Ich sprzedaż rozpocznie się 3 lutego.
MAMY MNÓSTWO POMYSŁÓW
Z MARTĄWIERZBIENIEC, dyrektorem Filharmonii Rzeszowskiej im. A. Malawskiego, rozmawia Katarzyna Drążek
- Jak zapowiada się dla melomanów pierwsza połowa 2009 roku?
- Będzie bardzo interesująca i różnorodna. W styczniu dużo muzyki karnawałowej: 4 stycznia wystąpi zespół rzeszowianina Zygmunta Kukli z naszą grupą smyczkową, 8 stycznia Rzeszowski Chór Katedralny Chłopięco-Męski, 9 stycznia koncert „Cesarski Bal w Filharmonii", podczas którego słowem będzie bawił Marek Czarnota, potem 16 stycznia „Tango Forever", a 22 i 23 stycznia wielkie przeboje muzyki filmowej w wykonaniu naszej orkiestry. Na koniec stycznia proponujemy „Bolero" Ravela. W lutym będziemy gościć Agnieszkę Duczmal, zaś 8 marca wieczór kobiet w filharmonii z Januszem Radkiem i jego zespołem. W kwietniu koncert poprzedzający święta wielkanocne. Sezon zakończymy 19 czerwca.
- Na jakie niespodzianki możemy liczyć podczas majowego festiwalu w Łańcucie?
- Festiwal rozpoczniemy trochę nietypowo, bo galą operową (24 maja o godz. 19 na specjalnie zbudowanej scenie), która odbędzie w łańcuckim parku. Mamy nadzieję, że pogoda dopisze, że będzie już piękna wiosna, czekamy na piękne magnolie i rozśpiewane ptaki. Usłyszymy wielkie przeboje operowe m.in. Verdiego i Pucciniego. Każdy będzie mógł znaleźć muzykę, która porywa, którą się lubi i często nuci, nie zdając sobie sprawy, że jest to kompozycja operowa. Zachęcam wszystkich Czytelników do wzięcia udziału w tym festiwalu. Cały tydzień festiwalowy będzie bardzo zróżnicowany. Drugiego dnia koncert Adama Wodnickiego, doskonałego pianisty. Gościć będziemy kwintet oraz kwartet smyczkowy, z Austrii i Szwajcarii. Na koncercie nocnym wystąpi znana wszystkim Grupa MoCarta. Będziemy mieć też wybitnych artystów młodego pokolenia, m.in. pianistę Stanisława Drzewieckiego.
- Mają Państwo nowe pomysły na festiwal?
- Cały program jest już dopięty, pracujemy tylko nad szczegółami. Chcemy, by festiwal docierał do naszych stałych melomanów oraz tych, którzy jeszcze w nim nie mieli okazji uczestniczyć. Stąd koncert plenerowy na otwarcie festiwalu. Tradycyjnie jeden koncert odbędzie się w filharmonii. Mamy mnóstwo pomysłów na rozszerzenie formuły festiwalu. Festiwal w Łańcucie bardzo dobrze się kojarzy. Wielu artystów z zagranicy wie, że w Łańcucie odbywa się poważny, znany festiwal i że warto tu przyjechać.
Dziękuję za rozmowę.
Dobre samopoczucie muzyków odbija się na jakości koncertów
MAM Z RZESZOWEM GORĄCĄ LINIĘ
Vladimir Kiradjiev w Rzeszowie jest od wtorku, nie zdążył jeszcze poznać miasta, za to ma już głowę pełną pomysłów na to, jak zrewolucjonizować ofertę filharmonii w następnym sezonie
Rozmowa z Vladimirem Kiradjievem
-Będzie większa różnorodność repertuaru: od muzyki dawnej po współczesną, jazz, operę i musical, a koncerty będą się odbywać nie tylko w jeden dzień w tygodniu - zapowiada austriacki dyrygent bułgarskiego pochodzenia nowy szef filharmonii.
MAGDALENA MACH: Czy będzie Pan wymagającym dyrektorem?
VLADIMIR KIRADJIEV: Tak, bo orkiestra oczekuje ode mnie, żebym był wymagający. Ale nie będę nikogo zmuszać do pracy, chcę przekonywać, dawać motywację. Jestem ambitny i energiczny. Zresztą rzeszowskiej orkiestry nie trzeba naciskać, żeby lepiej pracowała. Ona zawsze chciała być coraz lepsza, tylko nie zawsze miała warunki, żeby się rozwijać. Teraz nadszedł ten czas.
Nad czym trzeba jeszcze popracować w naszej orkiestrze?
- Nad samopoczuciem. Wśród muzyków panuje przekonanie, że tutaj jest prowincja, że niczego nie można osiągnąć. Muszą uwierzyć w siebie swoje możliwości. Nieraz przekonałem się. że dobre samopoczucie muzyków, odbija się na jakości koncertów.
Jak można poprawić samoocenę rzeszowskich muzyków?
- Nagraniami i koncertami zagranicą i na festiwalach w całej Polsce.
Czy ma Pan już konkretne plany wyjazdowe? Nie powstydziłby się Pan dyrygować rzeszowską orkiestrą np. w Wiedniu?
- Bardzo chętnie przedstawiłbym nas/a orkiestry u Wiedniu, choć fakt że się tam występuje, wcale nie świadczy o najwyższym światowym poziomie, są tam prezentowano bardzo różne rzeczy: dobre i gorsze. Chciałbym, żeby orkiestra wyjeżdżała na koncerty przynajmniej raz w roku. Na ten jeszcze planów nie ma, ale na przyszły mamy zaproszenie na festiwal do Toledo. Byliśmy tam z rzeszowską orkiestrą wiosną tego roku i występ spodobał się tak bardzo, że dostaliśmy kolejne zaproszenie
Muzycy nie muszą się więc obawiać indywidualnych przesłuchań?
- Przesłuchania będą, ale tylko dla kandydatów do orkiestry. Nie ma potrzeby indywidualnie przesłuchiwać etatowych muzyków.
Tegoroczny repertuar jest już ustalony przez poprzednią dyrekcję, pracuje Pan już nad przyszłorocznym. Jaki będzie?
- Staram się wprowadzić nową koncepcją repertuaru filharmonii, polegającą na większej muzycznej różnorodności. Poprzedni dyrektorzy filharmonii koncentrowali się na repertuarze od klasycyzmu po późny romantyzm. Tymczasem dzisiejsza publiczność jest różnorodna wymaga od wykonawców i innego repertuaru. Jest wielu fanów musicalu, operetki, muzyki dawnej ci kameralnej. W repertuarach filharmonii na całym świecie gatunki te mieszają się, w Rzeszowie zdarza się to tylko w karnawale. W następnym sezonie chciałbym, aby taka różnorodność była w każdym miesiącu, zatem jeden koncert jazzowy, dwa kameralne. W wykonaniu naszych muzyków i zaproszonych gości. Filharmonia to nie tylko orkiestra symfoniczna, ale i wszystkie zespoły, które w niej działają. Chcę, aby każdy muzyk orkiestry miał możliwość pokazania się w różnym repertuarze.
Jest Pan znanym propagatorem opery. Wielokrotnie realizował Pan opery w wersji estradowej w Polsce. Czy możemy spodziewać się takich projektów również w Rzeszowie?
- Na pewno będzie więcej opery. Po remoncie, w ramach którego zostanie wybudowany kanał dla orkiestry, zaczniemy pracować nad własnymi realizacjami.
Skąd na to wszystko pieniądze?
- Mamy nadzieję na wsparcie marszałka województwa, szukamy też sponsorów.
Następny sezon artystyczny będzie trudny, bo budynek filharmonii zostanie zamknięty na czas generalnego remontu. Trzeba nie tylko ustalić repertuar, ale i znaleźć miejsce na koncert. Będzie Pan osobiście szukał w Rzeszowie takich miejsc?
- Tak, będziemy ich szukać razem z panią dyrektor Martą Wierzbieniec. Zakładamy, że raz w miesiącu koncert będzie odbywać się w kościele, dlatego szukamy kościoła nie tylko z dobrą akustyką, ale i ogrzewaniem. Mniejsze koncerty mogą odbywać się w Instytucie Muzyki UR.
A co z festiwalem w Łańcucie? Na zapraszanie gwiazd jest już chyba za późno...
- Rzeczywiście, jest bardzo trudno. Repertuar nie jest jeszcze ustalony. Gdy rozmawiam z gwiazdami, wszystkie są bardzo chętne, żeby przyjechać do Łańcuta, tytko nie w 2009 r., bo mają już wszystkie terminy zarezerwowane. Z powodu zbyt krótkiego czasu, jaki został nam do festiwalu, prawdopodobnie uda się więc zrealizować tylko połowę zamierzeń repertuarowych. Wiadomo już, że będzie koncert jazzowy, muzyka współczesna, młode talenty z Polski i gala operowa na początek.
Czy może Pan zdradzić już jakieś pewne nazwiska?
- Przyjedzie Zbigniew Namysłowski z zespołem, będzie też orkiestra z Austrii Spirit of Europę. Nie zdradzę nic więcej, bo rozmowy wciąż trwają.
Jest Pan zatrudniony jako wykładowca w Akademii Muzycznej w Wiedniu, ma Pan też własne plany koncertowe. Jak to się da pogodzić z funkcją dyrektora artystycznego rzeszowskiej filharmonii?
-W tym roku jestem zatrudniony na kontrakcie, ale to awaryjna sytuacja, bo propozycję objęcia tu stanowiska dostałem późno, kiedy już miałem ustalone terminy koncertów. Mam zamiar przyjeżdżać do Rzeszowa raz w miesiącu na tydzień. To wystarczy, żeby doglądać pracy orkiestry. Nad planowaniem repertuaru pracuję cafy czas, mam gorącą linię z szefową biura koncertowego Martą Gregorowicz. Zdarza się, że telefonujemy do siebie po pięć razy dziennie, bez względu na to, czy akurat jestem w Meksyku, czy w Chinach.
ROZMAWIAŁA MAGDALENA MACH
OBRAZ 1929 - W HOŁDZIE BEKSIŃSKIEMU
„Mieniący się wszystkimi barwami jak kościelny witraż. Momentami połamany i pęknięty, chwilami spójny i rozświetlony...". Tak o swojej kompozycji mówi Justyna Kowalska, laureatka l Konkursu Kompozytorskiego im. Artura Malawskiego w Rzeszowie.
Inspirację do napisania „Obrazu 1929" stanowiła twórczość Zdzisława Beksińskiego. Utwór jest swoistym połączeniem wszystkich faz w dorobku artystycznym malarza. Ostre prowokacyjne szkice, rysunki, wyraziste, czarno-białe, połączone z kolorową fantastyką, sztucznymi komputerowymi grafikami i monumentalnymi, architektonicznymi tworami wyobraźni Beksińskiego. Przesycone głębią, budujące napięcie, wywołujące nieraz przerażenie i strach. Tytułowy rok 1929 to data urodzin malarza.
Co skłoniło autorkę do stworzenia tego rodzaju kompozycji? Jak sama mówi: „Góry. Światło. Niebo. Wiatr. Prawda. Niemoc. Słowa. Witraż. Przemijanie. Gesty. Czas. Wszechświat. Miłość. Wieczność. Strach. Tatry. Radość. Siła". Prapremiera utworu odbyła się w rzeszowskiej Filharmonii podczas koncertu inaugurującego 54. sezon koncertowy 2007/2008.
Justyna Kowalska to 23-letnia flecistka, pianistka, improwizatorka. Kompozycją zajęła się w 2003 roku, od 2004 studiuje kompozycję pod kierunkiem profesora Aleksandra Lasonia na Akademii Muzycznej w Katowicach. Autorka wielu kompozycji, w tym utworu „Cierń" do słów Tadeusza Różewicza (wyróżnienie na Ogólnopolskim Konkursie Kompozytorskim im. T. Różewicza w Gliwicach). Oprócz kompozycji interesuje się i tworzy grafiki.
Konkurs im. Artura Malawskiego rzeszowska Filharmonia ogłosiła we wrześniu ubiegłego roku. Jego pomysłodawca Marek Stefański pragną) przypomnieć postać zapomnianego kompozytora, a ponadto konkurs daje szansę młodym twórcom, których utwory, często schowane w szufladzie, nie mają możliwości zaistnienia w filharmonicznych salach.
Jury w składzie: profesor Krystyna Moszumańska-Nazar, profesor Marek Pijarowski i doktor Andrzej Jakubowski, oprócz Justyny Kowalskiej uhonorowało dwoma wyróżnieniami: Jarosława Płonkę za utwór „Toccata" oraz Grzegorza Pieńka za kompozycję „Zone".
Paulina Mazur-Kopeć
Artyści nie istnieją bez publiczności, a ona ich szanuje i kocha
CHCĘ HARMONII W FILHARMONII
Rozmowa z MARTĄ WIERZBIENIEC, nowym dyrektorem naczelnym Filharmonii Rzeszowskiej
- Czy z racji, że kobieta zostaje dyrektorem takiej instytucji. jak filharmonią można się spodziewać dodatkowego ocieplenia relacji z bywalcami i muzykami?
- Trudno mi to tak oceniać! Ale filharmonia powinna być takim miejscem, gdzie ma panować harmonia, bo to wynika z jej nazwy, a także przesłania. Taką harmonię wyobrażam sobie wewnątrz i na zewnątrz tej instytucji. Nikt z artystów nie istnieje bez publiczności, a ona zazwyczaj ich szanuje i kocha.
- Nie uważa pani, że nasza filharmonia to także taki salon towarzyski, do którego ludzie przychodzą nie tylko dla muzyki, ale żeby spotkać się i porozmawiać?
- Dobrze, że niezależnie od słuchania muzyki jest też miejscem, w którym ludzie mogą ze sobą rozmawiać o czymkolwiek. Tym bardziej że my coraz częściej nie porozumiewamy się z sobą wcale, a jeśli już, to za pomocą haseł. Ale, oczywiście, najważniejsza jest muzyka, bo po to tam przychodzimy, żeby słuchając jej, unieść się ponad problemy dnia codziennego. Znaleźć się w magicznym świecie gdzie człowiek przebywa sam ze sobą i ma czas na refleksję.
- No tak, ale jak tu mówić o harmonii, skoro po konflikcie z orkiestrę odeszli Wergiliusz Gołąbek i Marek Stefański, pani dwaj poprzednicy?
- Ja zdaję sobie sprawę z wagi ciężaru, jaki postanowiłam dźwignąć. Z problemów, które tu na mnie czyhają. Ale one są po to, by je rozwiązywać! Współpracuję z tą filharmonią od 12 lat. Przygotowywałam liczne koncerty chóralne i wo-kalno-instrumentalne. Cenię sobie pracę z zespołem, nie umiem pracować bez zespołu. Na to stawiam, na to liczę.
- Jakie zmiany pani szykuje?
- Jeśli one nastąpią, to drogą ewolucji, a nie rewolucji. Chciałabym, by orkiestra koncertowała nie tylko w Rzeszowie, ale i w innych miastach, a także za granicą. Kandydatem na jej dyrektora artystycznego jest znany publiczności rzeszowskiej i orkiestrze Yladimir Kiradijev.
- Repertuar na ten sezon jest już gotowy i opublikowany w internecie. Czy pani ma zamiar wywrócić ten projekt?
- Ale łatwo zauważyć, że przy niektórych koncertach brakuje nazwisk dyrygenta i solistów.
Niemniej zamierzam uszanować to, co w tym względzie zrobił mój poprzednik Marek Stefański, bo wiem, że przygotowanie repertuaru na sezon jest kosztowne i skomplikowane.
- Skierujmy uwagę na Łańcut, na przyszłoroczny festiwal. Był zamiar żeby kto inny kierował filharmonią, kto inny festiwalem. Jak można oceniać ten projekt?
- Filharmonia prawie pięćdziesiąt lat organizuje Muzyczny Festiwal w Łańcucie. Nie wiadomo mi nic, żeby cokolwiek w tej kwestii miało się zmienić, A ten festiwal to nie tylko tydzień koncertów, ale szereg działań przez rok, a i ponad rok.
- Dyr. Marek Stefański twierdził m.in. w TV Rzeszów, że został przygotowany program przyszłorocznego festiwalu w Łańcucie.
- Skoro do chwili obecnej nie ma w filharmonii informacji na ten temat, ja ten program zaczynam tworzyć od początku.
- Nie jest za późno?
- Nie może być! Festiwal się odbędzie i będzie wielkim wydarzeniem. O szczegółach powiem pod koniec października.
- W czerwcu przyszłego roku czeka budynek filharmonii wielka modernizacja. Martwimy się, gdzie muzycy będą koncertowali, a my ich słuchali?
- Mnie bardzo cieszy, że tak wiele osób się martwi. Ale ja nie jestem od zmartwień, lecz od zorganizowania tych koncertów. Jest w Rzeszowie i poza nim kilka pięknych sal.
Rozmawiał Andrzej Piątek
W FILHARMONII ZAPANUJE DEMOKRACJA
Rewolucji nie będzie - zapowiada prof. Marta Wierzbieniec, nowa dyrektorka Filharmonii Rzeszowskiej. Będzie za to szef artystyczny z Wiednia i więcej muzyki współczesnej
Rozmowa z Martą Wierzbieniec
MAGDALENA MACH: Nie musiała Pani startować w konkursie na stanowisko dyrektora filharmonii, propozycja zarządu województwa podkarpackiego przyszła sama i dość niespodziewanie. Czy jest Pani przygotowana na takie wyzwanie?
MARTA WIERZBIENIEC: Przyjęłam propozycję z radością, ale nie od razu. Decyzję podejmowałam dość długo. Zdaję sobie sprawę z powagi tego zadania i trudności, które z pewnością napotkam. Filharmonia nie jest dla mnie tworem nieznanym, wielokrotnie współpracowałam już z tą instytucją. Przyjęłam to stanowisko jako wyzwanie i od tego momentu sprawy filharmonii są dla mnie najważniejsze.
A co z Instytutem Muzyki, któremu nadal będzie Pani szefować. Zejdzie na plan dalszy?
- Instytut funkcjonuje dobrze, wszystko zostało zaplanowane jeszcze przed wakacjami- Nie byłam nakłaniana, aby rezygnować z tej funkcji i sama nie widzę takiej potrzeby. Instytut to tylko maleńka jednostka w ramach Uniwersytetu Rzeszowskiego. Mamy ok. 300 studentów. Moim zadaniem jest dbanie o jakość kształcenia. Strategiczne decyzje zapadają na szczeblach dziekańskich.
Jakim będzie Pani szefem w filharmonii?
- Jestem przyzwyczajona do pracy z zespołem. Dyryguję chórem, od 1999 r. sprawuję funkcje kierownicze - najpierw byłam kierowniczką Katedry Wychowania Muzycznego, potem dyrektorką Instytutu Muzyki. Uważam, że w dzisiej szym świecie dyrektor to osoba, która ma plany i propozycje, ale tylko działając wspólnie z zespołem, może osiągnąć wiele. Decyzje zawsze będę konsultować z radą artystyczną i związkami zawodowymi. Wizja programowa filharmonii będzie tworzona wspólnie z dyrektorem artystycznym.
Te deklaracje na pewno spodobają się pracownikom filharmonii, czy jednak taka demokracja nie grozi ubezwłasnowolnieniem dyrektora?
-Poza tym, że jestem dyrektorką, jestem też dyrygent A dyrygent porządkuje, ujednolica i narzuca koncepcję. Jednak koncepcja ta powinna być aprobowana przez wykonawców. Bazując na swoim doświadczeniu, wiem, że możliwa jest dyskusja, choć pracownicy powinni zdawać sobie sprawę, że to dyrektor podejmuje ostateczne decyzje.
Pracownicy filharmonii chętnie wyrażają swoje opinie na temat dyrekcji na forach internetowych, często w sposób daleko nieprzystający do reprezentantów instytucji kulturalnej. Śledzi Pani takie wpisy?
- Anonimowe wpisy nie interesują mnie. Jestem przygotowana na uwagi, ale przekazywane wprost. Jeśli ludzie mają skargi, pretensje, chcę o tym rozmawiać i rzeczowo szukać rozwiązania. Nikt nie ma jednej recepty na funkcjonowanie takiej instytucji.
Nie będzie więc rewolucji, odświeżania orkiestry czy kadry pracowniczej?
- Nie przewiduję zmian. Przed nami wymagające koncerty, wiele pomysłów do zrealizowania, nie czas na zmiany. Marek Pijarowski pozostanie pierwszym dyrygentem rzeszowskiej orkiestry.
Będzie jednak nowy dyrektor artystyczny...
-Kandydatem na to stanowisko jest Yladimir Kiradjiev, bułgarski dyrygent mieszkający w Wiedniu, który współpracował już z naszą orkiestrą. Jego kandydatura to wspólna decyzja moja i zespołu filharmonii. Wkrótce zapewne obejmie tę funkcję. Czekam na to, aby zacząć konsultować program artystyczny filharmonii na sezon 2009/10, a nawet następny, bo będziemy zabiegać o wielkie gwiazdy, które mają zarezerwowane terminy. Musimy też zaplanować tegoroczny Muzyczny Festiwal w Łańcucie.
Poprzedni dyrektor Marek Stefański mówił dziennikarzom, ze w dużej części program festiwalu jest już ustalony. Zarząd województwa w oficjalnym komunikacie przekazał nam informację, że w dużej części program festiwalu jest już ustalony. Zarząd województwa w oficjalnym komunikacie przekazał nam informację, że Stefański pozostanie dyrektorem artystycznym festiwalu. Czy tak się jednak nie stanie?
- Program na sezon 2008/09 został ustalony przez mojego poprzednika i w większości niczego już nie będziemy zmieniać. Ale nie otrzymałam żadnych dokumentów mówiących o festiwalu w Łańcucie. Dlatego wraz z Vladimirem Kiradjievem przystąpimy do pracy nad programem od zera. Jest dla mnie oczywiste, że - tak jak do tej pory - dyrektor naczelny filharmonii odpowiadał za festiwal, tak dyrektor artystyczny powinien odpowiadać za stronę artystyczną festiwalu.
Czy nie jest za późno na konstruowanie programu festiwalu? Sama Pani wspomniała, że gwiazdy mają zarezerwowane terminy już na następne sezony, a to grozi, że przyjadą wykonawcy z łapanki.
- Nie jest za późno. Festiwal nie będzie skromniejszy, być może tylko przesuniemy termin na koniec maja.
Czy pomysły poprzedniego dyrektora będą kontynuowane? Myślę o konkursie kompozytorskim i koncertach dla najmłodszych?
- Jestem przekonana, że konkurs należy kontynuować. To bardzo ważna idea, pozwalająca nie tylko wyłonić nowych twórców, ale i dająca publiczności możliwość poznania nowych utworów. Oferta dla małych dzieci też pozostanie, bo niezwykle ważne jest, w jaki sposób zostaniemy wprowadzeni w świat muzyki. Chcemy uatrakcyjnić działania skierowane do młodych słuchaczy. Po Warszawskiej Jesieni widać, że to młodzież poszukuje kontaktu z językiem muzycznym naszych czasów, dlatego w naszej filharmonii nie może go brakować.
Muzyki współczesnej jest w programach filharmonii mało, bo dużo kosztują prawa autorskie. Rolą dyrektora filharmonii jest m.in. zabieganie o środki finansowe. Dotacja urzędu marszałkowskiego nie pokrywa w całości kosztów funkcjonowania instytucji, lwią ich cześć trzeba znaleźć u sponsorów. Czy wie już Pani, gdzie szukać?
- Mam nadzieję, że tak jak w poprzednich latach znajdą się sponsorzy, którzy zechcą dofinansować działalność filharmonii. Przygotujemy projekty, na które chcemy znaleźć większe środki finansowe. Są to projekty wydarzeń artystycznych bazujących na wielokulturowych tradycjach muzycznych i talentach z naszego regionu. Działalność filharmonii to także koncerty o charakterze kulturotwórczym i edukacyjnym. O szczegółach jeszcze za wcześnie mówić.
W sezonie artystycznym 2009/10 filharmonię czeka generalny remont. Jakie są pomysły, by muzycznie sezon nie był stracony dla publiczności?
- Budynek filharmonii będzie zamknięty na ponad rok. Ale jest sporo sal, w których mogą odbywać się różne formy koncertowe - nie tylko w Rzeszowie, ale w całym regionie.
ROZMAWIAŁA MAGDALENA MACH
Filharmonia przed remontem
Filharmonia Rzeszowska zostanie zamknięta na co najmniej rok, bo czekają gruntowny remont. Marek Stefański, dyrektor filharmonii, na pewno go jednak nie poprowadzi
MAGDALENA MACH
Remont ma rozpocząć się w czerwcu przyszłego roku, będzie kosztować budżet województwa 30 mln zł. To konieczna inwestycja. Kontrola straży pożarnej w filharmonii wykazała, że budynek nie spełnia żadnych norm wyznaczonych przez przepisy przeciwpożarowe. Nie był modernizowany od ponad 30 lat.
Najtrudniejszym przedsięwzięciem będzie gruntowny remont sali koncertowej, która słynie w Polsce z doskonałej akustyki. Prace obejmą także wymianę instalacji, zagospodarowanie podziemi na magazyny, zainstalowanie mechanizmów umożliwiających szybkie i łatwe chowanie fortepianu pod podłogę, zamontowanie klimatyzacji. Dyrektor i organista w jednym marzy też o wybudowaniu w sali koncertowej organów, które są obowiązkowym instrumentom w większości filharmonii.
O remoncie wiadomo było już rok temu, gdy stanowisko dyrektora obejmował Marek Stefański. Od razu deklarował on jednak, że jego domeną będzie artystyczna strona działalności filharmonii. W ubiegłym tygodniu Stefański wysłał pismo do marszałka Zygmunta Cholewińskiego. - Oczekuję, że w obliczu tak wielkiej inwestycji urząd marszałkowski zatrudni osobę odpowiedzialną za remont, nawet w randze zastępcy dyrektora - mówił Stefański. Jeszcze w ubiegłym tygodniu na pytanie, czy pozostanie na stanowisku dyrektora filharmonii, odpowiadał, że wyjaśni się to do końca czerwca.
Wczoraj znany był już kandydat na stanowisko zastępcy dyrektora filharmonii. To Paweł Stochnal, absolwent Politechniki Rzeszowskiej i Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. - To młody inżynier, zacznie pracę od sierpnia na stanowisku dyrektora ds. administracyjno-inwestycyjnych. Już latem trzeba ogłosić przetarg na projekt remontu - informuje Stefański. Urząd Marszałkowski nie poniesie z tego powodu żadnych dodatkowych kosztów, stanowisko zastępcy dyrektora filharmonii jest w statucie tej instytucji.
Zarząd województwa nie przewiduje jednak spełnienia drugiej prośby Stefańskiego, który wnioskował także o zwiększenie dotacji. W 2008 roku filharmonia otrzymała ponad 5 mln zł dotacji podstawowej oraz 1,5 mln zł dotacji celowej na przewidziane harmonogramem na ten rok przygotowanie dokumentacji remontu. Nie ma możliwości zwiększenia dotacji. Filharmonia posiada osobowość prawną i jako samodzielna instytucja powinna zarabiać-uważa Jan Burek członek zarządu województwa, odpowiedzialny za kulturę.
Z tym nie zgadza się Stefański. Choć stara się pozyskiwać środki od sponsorów i za wynajmowanie sali, jest to jednak wciąż za mało, by móc proponować słuchaczom ambitny program. Uważa, że wyjściem z sytuacji mogłoby być porozumienie samorządu wojewódzkiego z miastem w sprawie współfinansowania filharmonii, bo instytucja działa głównie dla mieszkańców Rzeszowa. - Trzeba zakopać polityczne antagonizmy-przekonuje Stefański.
Ma pomysły, jak zaplanować pracę orkiestry w sezonie 2009-2010, gdy budynek przy Chopina będzie zamknięty. - Jeden koncert w miesiącu mógłby odbywać się w Instytucie Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego, drugi w kościele, trzeci byłby wyjazdowy. Zaoszczędzone pieniądze moglibyśmy wykorzystać na zagraniczne wyjazdy naszej orkiestry - mówi Stefański.
Czy pozostanie na stanowisku dyrektora? - ponowiliśmy pytanie wczoraj. - Jeszcze nie rozmawiałem z marszałkiem. Jako artysta nie mogę podpisywać się pod byle jakim programem koncertowym, który układa się tylko i wyłącznie pod kątem: czy nas na to stać. Taki program potrafi ułożyć każdy urzędnik - odpowiedział.
ZAGRAJĄ NA RYNKU W TOLEDO
Orkiestra Filharmonii Rzeszowskiej da w sobotę koncert w hiszpańskim Toledo podczas
XIV Międzynarodowego Muzycznego Festiwalu.
To święto muzyki kameralnej, symfonicznej i chóralnej, które trwa ponad miesiąc - od 9 maja do 17 czerwca, i jest jednym z najbardziej znanych festiwali w Hiszpanii. Koncerty odbywają się w wyjątkowych miejscach: dawnym meczecie, a dziś kościele św. Tomasza, synagodze El Transito z XIV w. czy Sefardi Muzeum. Rzeszowska orkiestra wystąpi na największym i najważniejszym koncercie festiwalu - gali operowej na rynku w Toledo. Zagra pod dyrekcją pochodzącego z Bułgarii dyrygenta Vladimira Kiradjieva, który kilkakrotnie miał okazję pracować w Rzeszowie.
W programie znajdą się dzieła W.A. Mozarta, C.M. von Webera, G. Rossiniego, G. Verdiego, P. Mascagniego, G. Pucciniego, orkiestra towarzyszyć będzie sopranistce Alexandrinie Pendatchanskiej.
- Ten wyjazd zrobi dobrze muzykom, od dawna nigdzie nie wyjeżdżali, a teraz będą mieli okazję do konfrontacji z innymi orkiestrami. To także świetna promocja dla naszego miasta i województwa, o którym w świecie niewiele słychać, zwłaszcza w dziedzinie kultury - mówi Marek Stefański, dyrektor Filharmonii Rzeszowskiej. Koncert, na którym wystąpi orkiestra z Rzeszowa, ma być trans¬mitowany przez hiszpańską telewizję.
O zaproszenie na festiwal nasza orkiestra rywalizowała z zespołem chorwackim z Zagrzebia. Organizatorzy, którzy pokrywają większość kosztów wyjazdu, zdecydowali się na orkiestrę rzeszowską, mimo że chorwacka była tańsza. - Decydująca dla Hiszpanów okazała się opinia dyrygenta. Vladimir Kiradjiev polecił nasz zespół jako muzyków zdyscyplinowanych, dysponujących bogatym repertuarem sprawdzającym się świetnie w akompaniowaniu solistom - wyjaśnia Stefański.
Chociaż część kosztów ponosi organizator, to zorganizowanie wyjazdu 60 muzyków orkiestry razem z instrumentami wcale nie jest ani tanie, ani proste. Ubezpieczenie mienia i ludzi to koszt 700 tys. zł. Na szczęście PZU zgodziło się wziąć je na siebie w całości, za przejazd autokarami do Warszawy zapłaciła firma Hartbex.
MAGDALENA MACH
Muzyka polska w Rzeszowie
Blisko dwudziestoletnie kierowanie Filharmonią Rzeszowską przez Wergiliusza Gołąbka należy już do przeszłości. Pamiętajmy, że w tym czasie orkiestra miała okazję pracować pod kierunkiem bardzo dobrych dyrygentów, co zdaje się warunkiem koniecznym dla utrzymania stałego wysokiego poziomu. Miałem okazję przekonać się o tym, słuchając jej występów w ramach kolejnych festiwali w Łańcucie. Od niedawna funkcję dyrektora naczelnego i artystycznego Filharmonii sprawuje wybitny organista Marek Stefański, artysta o rozległych horyzontach i niekwestionowanym dorobku. Wróży to pomyślnie przyszłości tej instytucji, co potwierdził wieczór 9 listopada.
Tegoroczne Święto Niepodległości Filharmonicy Rzeszowscy uczcili koncertem, na który złożyły się kompozycje Szymanowskiego, Góreckiego i Malawskiego - patrona Filharmonii (w tym roku przypada pięćdziesiąta rocznica jego śmierci). Już otwierająca program wieczoru Uwertura koncertowa op. 12 Szymanowskiego ujawniła bardzo dobrą formę dyrygenta i orkiestry. Tomasz Chmiel trafnie zaakcentował klimat młodzieńczego optymizmu, heroizmu i orkiestrowego blasku, który przenika to bogato zinstrumentowane, młodzieńcze dzieło, świadczące o fascynacji muzyką Ryszarda Straussa.
Dla odmiany Koncert fortepianowy Góreckiego przemawia uproszczonym językiem dźwiękowym, odwołującym się do tradycyjnej formy. Pasażowo-gamowe figuracje fortepianu na tle stałego motywu melodycznego smyczków w części pierwszej nadają temu utworowi charakter nieustępliwie motoryczny, a jednocześnie wymagają dokładności i precyzji. Współpraca Anny Góreckiej z dyrygentem zasługuje na najwyższe uznanie, jeśli wziąć pod uwagę klarowną i staranną realizację partytury. W Vivace marcatissimo stosownie wyeksponowano kontrasty między solo i tutti, a wyhamowanie motoryki w kodzie utworzyło trafny akcent wyrazowy.
W drugiej części wieczoru licznie zgromadzona publiczność wysłuchała rzadko wykonywanej na polskich estradach II Symfonii „Dramatycznej" Malawskiego. To szeroko rozpięte dzieło o szczególnie gęstej fakturze i dużym natężeniu emocji budzi skojarzenia z tradycją symfonizmu późnoromantycznego, ale i z twórczością Szostakowicza. Nacisk na maksymalnie intensywny wyraz uczuciowy skutkuje wyraźną rezygnacją z nowych środków ekspresji i nawiązaniem do wypróbowanej, bardziej tradycyjnej estetyki. Chmiel skupił się na podkreśleniu zróżnicowania pięciu części symfonii. Posępna i tragiczna introdukcja początkowego Allegro kładzie się cieniem na dalszym przebiegu narracji muzycznej i ten klimat przenika całość utworu. Dobrze skonstruowane napięcie tematu głównego i dokładne odsłonięcie szczegółów rozległej pracy motywicznej w przetworzeniu stały się filarami, na których zbudowano interpretację tej części. Równie trafnie dyrygent wyeksponował przenikanie się rozmaitych schematów konstrukcyjnych i wzmożony ruch rytmiczny w części III (Scherzo). Pogłębiony i poważny typ ekspresji dominował w Intermezzo, finałowe Capriccio znów stanowiło przykład intensywności brzmienia i logicznie zbudowanego napięcia, utrzymanego aż do kulminacji.
Bez wątpienia Symfonia „Dramatyczna" nie należy do dzieł łatwych w odbiorze, piętrzy też trudności przed orkiestrą. Z tym większą radością odnotowuję godną podziwu precyzję rytmiczną, nieskazitelną intonację i dbałość o barwę dźwięku we wszystkich grupach. Filharmonicy Rzeszowscy potwierdzili reputację jednej z lepszych orkiestr w kraju.
STEFAN MŰNCH
"Barbizon wiśniowski" w Filharmonii Rzeszowskiej
Filharmonia im. Artura Malawskiego w Rzeszowie rozpoczyna swój 53. sezon koncertowy 2007/2008 pod kierunkiem nowego dyrektora naczelnego i artystycznego Marka Stefańskiego, czołowego polskiego organisty młodego pokolenia.
Sezon ten ze wszech miar zasługuje na uwagę. W bieżącym roku mija 100. rocznica urodzin i 20. rocznica śmierci Zygmunta Mycielskiego - kompozytora, publicysty, krytyka muzycznego, propagatora polskiej muzyki współczesnej. Jego III Symfonię - Sinfonię breve umieszczono w programie koncertu inaugurującego sezon, 28 września 2007, pod dyrekcją Marka Pijarowskiego, I dyrygenta Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Rzeszowskiej.
Zygmunt Mycielski urodził się na ziemi rzeszowskiej w Wiśniowej. Pałac w Wiśniowej był niezwykłym miejscem w dawnej Galicji, a potem w II Rzeczypospolitej, gdzie istniała harmonia wielu składników życia i obyczaju ziemiańskiego: dobrze prosperujące gospodarstwo rolne, dostarczające podstaw bytu ekonomicznego, pielęgnowanie zamiłowań artystycznych, aspiracje intelektualne, kultywowanie polskiej tradycji. Trzy pokolenia przybyłego tu w połowie XIX wieku z Wielkopolski rodu Mycielskich uczyniły z tej siedziby ziemiańskiej centrum życia towarzyskiego i artystycznego, któremu nadano miano „Barbizonu Wiśniowskiego”. To odwołanie do francuskiego Barbizon, do którego w połowie XIX wieku ściągali malarze pracujący w plenerze, potwierdzało ciągłość tradycji wiśniowskiego domu, gdzie spotykali się znamienici artyści, malarze, muzycy, ludzie sztuki i literatury, serdecznie tu podejmowani przez gospodarzy. W Wiśniowej przebywali i tworzyli Tadeusz Stryjeński, Józef Mehoffer, Alfons Karpiński, Stanisław Szczepański. Pod koniec lat trzydziestych na zaproszenie Zygmunta Mycielskiego spotykali się tu młodzi członkowie paryskiego Stowarzyszenia Muzyków: Tadeusz Szeligowski, Eugenia Urnińska, Gustaw Wolff, Zygmunt Przeorski. Do Wiśniowej zapraszany był również twórca Harnasi, lecz jego przyjazdowi przeszkodziła choroba.
Na letnie plenery do Wiśniowej przyjeżdżali malarze z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych serdecznie zaprzyjaźnieni z ostatnimi właścicielami majątku Janem i Heleną (Hanną) Mycielskimi: Jan Cybis i Hanna Rudzka-Cybisowa, Józef Czapski, Tytus Czyżewski, Leon Chwistek, Zbigniew Pronaszko i Czesław Rzepiński, Felicjan Kowarski. Hanna Mycielska wizyty te wspominała: „To nie były plenery, nie organizowaliśmy też żadnych wystaw. Po prostu przyjeżdżało grono przyjaciół i znajomych. Przebywali z nami przez dwa, trzy letnie miesiące. Każdy z nich oddawał się własnym zajęciom i tylko gong zwoływał gości na posiłki. Dwór w Wiśniowej pełen był bliskich nam ludzi. Pozostawały po nich wpisy w księdze pamiątkowej, rysunki, szkice, obrazy. To były pamiątki, którymi z biegiem lat zapełniały się wnętrza. W ten sposób powstawała kolekcja”. Część z owej kolekcji malarstwa, która zachowała się w zbiorach Muzeum Okręgowym w Rzeszowie została pokazana na wystawie „Barbizon wiśniowski” - polska gościnność, europejska kultura podczas inauguracji sezonu artystycznego. W fiharmonicznej galerii pokazano dzieła Jana Cybisa, Tytusa Czyżowskiego, Czesława Rzepińskiego, Wojciecha Weissa, Stanisława Szczepańskiego, Heleny Mycielskiej.
W nadchodzącym sezonie koncertowym Filharmonia Rzeszowska uroczyście obchodzić będzie 50. rocznicę śmierci Patrona Filharmonii Rzeszowskiej - Artura Malawskiego. Z tej okazji 9 listopada 2007 odbędzie się koncert poświęcony pamięci uro¬dzonego w Przemyślu kompozytora. na którym wykonana zostanie m.in. jego II Symfonia Dramatyczna. Rocznicę tę uświetnia również konkurs kompozytorski na utwór przeznaczony na orkiestrę symfoniczną lub zespół kameralny z udziałem głosów solowych i chóru.
30 listopada 2007 w Rzeszowskiej Filharmonii gościć będzie Wojciech Kilar, honorowy obywatel miasta Rzeszowa, który obchodzi swe 75 urodziny. Podczas przygotowanego na tę okazję koncertu wykonane będą jego kompozycje religijne: Angelus, Victoria oraz Magnificat (mr).
Sięganie do Dürera
Galeria, która działa w Filharmonii Rzeszowskiej dopiero od tego sezonu już może śmiało konkurować z instytucjami i ośrodkami w regionie, które służą wyłącznie prezentowaniu dzieł sztuki.
Przykładem aktualnie czynna w niej i ciesząca się sporym zainteresowaniem wystawa fotografii Michała Drozda. Ten krakowski artysta, pochodzący z Rzeszowa, jest na jego ulicach postacią znaną i rozpoznawalną. Do tej pory zdobył kilka prestiżowych nagród m.in. na Biennale Plakatu w Płocku i Mistrzostwach Polski w Fotografii Studyjnej w Warszawie.
Wizje bardzo osobiste
Interesuje się malarstwem okresu renesansu i baroku. Te zainteresowania wyraźnie emanują z jego prac fotograficznych. Cechującą dobitnie oba te okresy w malarstwie alegoryczność wykorzystuje wrażliwie do bardzo osobistych wizji i puent. Widać to zwłaszcza w portretowanych scenach figuralnych, gdzie nietrudno nie zauważyć wpływu na jego wyobraźnię tak wielkich postaci w sztuce jak Lorenzo Lotto i kultowy dla swojej epoki Albrecht Dürer.
Profanum i sacrum
Dla Michała Drozda najważniejszy jest człowiek, który bywa raz smutny, to znowu radosny, a zawsze uwikłany w ponadczasowy wybór miedzy profanum i sacrum. Fotografie artysty mają w sobie aurę romantyzmu, emanuje z nich tajemniczość i zmysłowość. Nie można oglądać ich bez emocji.
Andrzej Piątek
POSEŁ DO PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO
DR MIECZYSŁAW E, JANOWSKI
Strasburg -Rzeszów, 20 czerwca 2008 r.
(...) Kto przyjaciel, ten niech zaraz, stanie tutaj pośród nas.
I kto wielką miłość znalazł, ten niech z nami dzieli czas.
Z nami ten kto choćby, jedną duszę rozpromienić mógł (...)
„Oda do radości” Fryderyk Schiller
Szanowny Pan Dr Marek STEFAŃSKI
Dyrektor Naczelny i Artystyczny Filharmonii im. Artura Malawskiego w Rzeszowie
Wielce Szanowny Panie DYREKTORZE,
Dobiega końca kolejny, już 53. sezon artystyczny Filharmonii Rzeszowskiej. Pragnę zatem pięknie podziękować za to wszystko, co Państwo od lat wnosicie w przestrzeń kultury Rzeszowa, Podkarpacia, Polski i Europy. To nie przesada, bo tego dowodzą chociażby świetne efekty współpracy z Bielefeld, 47. Muzyczny Festiwal w Łańcucie oraz 16. edycja Wieczorów Muzyki Organowej i Kameralnej.
Ten mijający czas był dobrze wykorzystany zarówno przez naszych filharmoników, jak i przez publiczność. Można zsumować liczbę koncertów i imprez muzycznych, a było ich zapewne około 70. Można też policzyć wszystkich melomanów i stwierdzić, że starczyłoby ich na całkiem pokaźne miasto powiatowe - bo prawie 30 tysięcy. Te statystyczne zestawienia mówią same za siebie. Mówią dużo, ale nie wszystko - nie oddają one bowiem znakomitej atmosfery, jaka charakteryzuje każdy koncert, czy to w naszej Filharmonii, czy też wykonywany przez naszych muzyków.
Jestem wdzięczny Państwu także za wspieranie edukacji muzycznej poprzez otwartość wobec młodzieży i zapraszanie młodych, zdolnych artystów. To cieszy i na pewno przyniesie dobre owoce.
Dziękuję przeto wszystkim, dzięki którym te dobra duchowe, te walory piękna, mogły zaistnieć. Dziękuję Szanownym Paniom i Panom artystom-muzykom, którzy poświęcali swe talenty i swój czas. Dziękuję pracownikom służb technicznych i administracyjnych. To Państwa ofiarnej, chociaż nie zawsze dostrzegalnej, pracy publiczność zawdzięcza możność delektowania się muzyką.
Naturalnie, nie mogę zapomnieć o naszej fantastycznej i wiernej publiczności, pośród której -jeśli tylko mogę - staram się bywać. Bez tych zakochanych w muzyce słuchaczy nie byłoby Filharmonii. Pozdrawiam więc Szanowne Panie i Szanownych Panów ze słonecznego Strasburga.
Na koniec, dziękuję Panu, Szanowny Panie Dyrektorze, za podjęcie trudu kierowania tą instytucją muzyczną, której stał się Pan zwornikiem. Gratuluję i oczekuję więcej. Mam nadzieję, ba, mam głębokie przekonanie, że się nie zawiodę.
Dziś niechaj rozraduje nas Ludwig van Bethoven i jego wielkie dzieło - IX Symfonia d-moll op. 125. Ta muzyka przemawia do ludzi na całym świecie.
Kosz kwiatów, który dołączam, niech będzie wyrazem uznania za mijający sezon oraz najlepszych życzeń na bliższą i dalszą przyszłość.
Z serdecznym uszanowaniem i życzeniami udanego wypoczynku
dr Mieczysław Janowski
Pan
Marek STEFAŃSKI
Dyrektor Naczelny i Artystyczny
Filharmonii im. A. Malawskiego w Rzeszowie
oraz Muzycznego Festiwalu w Łańcucie
Z satysfakcją przyjąłem zaproszenie na
UROCZYSTY KONCERT FINAŁOWY,
kończący 53. sezon artystyczny Filharmonii Rzeszowskiej.
Gratuluję inicjatywy i dziękuję za trud przygotowania dzisiejszego Koncertu. Jestem przekonany, że tak jak udany był cały sezon artystyczny Filharmonii, tak pomyślne, a przede wszystkim radosne będzie jego zakończenie. Gwarantuje to już sam program Koncertu. IX Symfonia d-moll op. 125 Ludwiga van Beethovena - jeden z najwybitniejszych i najbardziej znanych utworów muzyki klasycznej, zwana jest przecież także „Symfonią Radości". Cieszę się, że zabrzmi ona również w Rzeszowie
Wielkie dzieła to także wielkie wyzwanie dla Artystów. Już teraz pragnę wyrazić głęboką wdzięczność i uznanie dla ich mistrzostwa. Nie mam żadnych wątpliwości, że zarówno Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Rzeszowskiej oraz Chór Polskiego Radia z Krakowa, jak i zaproszeni soliści: Bożena Harasimowicz - sopran, Urszula Kryger - mezzosopran, Paweł Skałuba - tenor, Piotr Nowacki - bas, pod dyrekcją maestro Marka Pijarowskiego, wprowadzą melomanów obecnych w sali Filharmonii na wyżyny artyzmu.
Korzystając z okazji dołączam dla wszystkich Państwa serdeczne pozdrowienia i życzenia udanego letniego wypoczynku. Wierzę, że dla wielu z nas będzie to wypoczynek przy muzyce, także tej w wydaniu klasycznym i symfonicznym.
Z poważaniem
Prezydent Miasta Rzeszowa
Tadeusz Ferenc