Napisano o/do nas

drukuj

W Rzeszowie – Requiem Webbera i Góreckiego/Andrzej Piątek - „Maestro” 11 listopada 2015 r.

W Rzeszowie – Requiem Webbera i Góreckiego

Ważnym wydarzeniem w listopadzie w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie były świetne wykonania Requiem Andrew Lloyda Webbera (w innym wcieleniu muzycznym twórcy musicali „Upiór w operze", „Jesus Christ Superstar", „Koty" i „Evita") oraz Henryka Mikołaja Góreckiego „Małego Requiem dla pewnej Polki" op. 66.

Nowy 61 sezon w działalności filharmoników podkarpackich rozpoczął się miesiąc wcześniej koncertem rozpoczętym Polonezem A-dur op. 11 Juliusza Zarębskiego, mniej znanego, niemniej bardzo interesującego kompozytora romantycznego. Drugim utworem na inaugurację sezonu była I Symfonia Brahmsa. Jej głębokie, emocjonalne treści znalazły dobitny wyraz w kreacji dyrygującego całością Tadeusza Strugały. Można było podziwiać niezmienną wirtuozerię tego artysty, jego niesłychaną precyzję w prowadzeniu orkiestry, konsekwencję w prezentacji utworu w zgodzie z partyturą, wyobraźnię i mistrzostwo w doborze muzycznych barw. Koncert wiolonczelowyh - moll op. 104 Dvořáka w interpretacji Tomasza Strahla, którym  dopełniono ten wieczór z kolei był popisem błyskotliwie wysmakowanego zrównoważenia rzewnego tonu solowego instrumentu, na jaki został napisany z narzuconą utworowi drapieżnością.

Podczas kolejnego październikowego koncertu orkiestrę Filharmonii Podkarpackiej poprowadziła uczennica prof. Tadeusza Strugały w krakowskiej Akademii Muzycznej, bardzo utalentowana Patrycja Pieczara, od kilku lat już samodzielna dyrygent, jedna nielicznych kobiet za pulpitem. Wpływ Mistrza, jego konsekwencję i poczucie żywiołowości widać było w jej kreacji polskiego prawykonania Symfonii c - moll op. 60, niemieckiego kompozytora o polskich korzeniach Xwerego Scharwenki. Młoda, piękna dyrygentka popisała się w niej wielkim zdyscyplinowaniem idealnie pogodzonym z pełną żywiołowością.Z twórczości Schumanna wybrała na ten wieczór Uwerturę do jego opery „Genowefa”. Prezentując czytelnie jej namiętne tematy, postarała się z dobrym skutkiem o przekazanie nastroju tej opery, jej pełnego szlachetności muzycznego patosu. Z Koncertem e-moll Chopina błyskotliwie zmierzył się Paweł Motyczyński, któremu nie było dane dojść do finału Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego.

W listopadzie w Requiem Andrew Lloyda Webbera i Henryka Mikołaja Góreckiego „Małego Requiem dla pewnej Polki" op. 66 z filharmonikami podkarpackimi wystąpili sopran Katarzyna Oleś - Blacha i tenor Piotr Kusiewicz, pianistka Monika Płachta, solowo koncertmistrz orkiestry, skrzypek Robert Naściszewski oraz chór Uniwersytetu Rzeszowskiego, doskonale przygotowany przez Bożenę Stasiowską - Chrobak. Wszyscy pod batutą Stanisława Krawczyńskiego, b. rektora krakowskiej Akademii Muzycznej.

W tej części sezonu na estradzie Filharmonii Podkarpackiej pojawiła się również Catharina Chen, Chinka z Norwegii, uważana za jedną z najbardziej obiecujących skrzypaczek europejskich. Z rzeszowską orkiestrą perfekcyjnie wykonała Koncert skrzypcowy e-moll op. 64 Mendelssohna. Dyrygował Hiszpan, David Gimenez.

Także w listopadzie, po Święcie Niepodległości, koncert "Salve Polonia!". Z filharmonikami podkarpackimi wystąpi bywalec ważnych sal koncertowych i festiwali, pianista Paweł Kowalski, który zagra Koncert a-moll op. 17 Paderewskiego. A za pulpitem stanie Sławomir Chrzanowski. 

Na początku grudnia, brytyjski pianista, absolwent Royal Academy of Music, Jonathan Plowright, którego krytycy chwalą za niedoścignioną technikę, zagra I Koncert e-moll Melcera. W programie także VII Symfonia cis-moll op.131 Prokofiewa i Uwertura Szalowskiego. Całość poprowadzi  Łukasz Borowicz.

Nowy Rok melomani rzeszowscy powitają z Waldemarem Malickim, autorem popularnych telewizyjnych i estradowych programów pełnych muzycznego dowcipu. A zaraz po Nowym Roku zabrzmią operetkowe i musicalowe arie w wykonaniu sopranistki koloraturowej Katarzyny Dondalskiej.

 – Rozpoczęliśmy 61 sezon, ale ciągle jeszcze jesteśmy w aurze roku jubileuszowego. Bo 60 lat temu –29 kwietnia 1955 roku, odbył pierwszy koncert Państwowej Orkiestry Symfonicznej, poprzedniczki Filharmonii Podkarpackiej, jeszcze nie w obecnej siedzibie, ale budynku Wojewódzkiego Domu Kultury. Takim europejskim akcentem jubileuszowego finału były nasze niedawne koncerty we Wiedniu, Saarbrücken w Niemczech i katedrze lwowskiej –podkreśla Marta Wierzbieniec, dyrektor Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie.

Andrzej Piątek

„Maestro” 11 listopada 2015 r.

http://maestro.net.pl

http://maestro.net.pl/index.php/7025-w-rzeszowie-requiem-webbera-i-goreckieg


1.Koncertem inaugurującym 61 sezon w Filharmonii Podkarpackiej dyrygował Tadeusz Strugała. (fot. Marek Pysz)

2. Gra Catharina Chen, jedna z najbardziej obiecujących skrzypaczek europejskich.

3. Soliści, orkiestra Filharmonii Podkarpackiej i chór Wydziału Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego podczas wykonywania Requiem Webbera i „Małego Requiem dla pewnej Polki" op. 66. Góreckiego.

54. Muzyczny Festiwal w Łańcucie Niebiańskie głosy i mandoliny dźwięk /Andrzej Piątek - „Twoja Muza” nr 4

54. Muzyczny Festiwal w Łańcucie

Niebiańskie głosy i mandoliny dźwięk

Zachwycające głosy Olgi Pasiecznik, Ewy Podleś i Andreasa Scholla zdominowały 54. Muzyczny Festiwal, w sali balowej zamku i części parku w Łańcucie 23-30 maja. A także umiejętności wokalne solistów Opery Krakowskiej w „Napoju miłosnym” Donizettego. Jazzowym dopełnieniem był recital Włodka Pawlika. Wydarzeniem popis na mandolinie Avi Avitala.

Avital zjednał serca

Izraelski wirtuoz mandoliny Avi Avital już pierwszymi dźwiękami swego instrumentu charyzmatycznie zawładnął słuchaczami. Kunsztownie i wrażliwie proponując solistyczne wykonania dwóch rzadkich sonat Vivaldiego na mandolinę: C-dur i g-moll. A z lutnistą Tiziano Bagnatim, wiolonczelistą Marco Frezzato i klawesynistką Tamar Halperin towarzysząc kontratenorowi Andreasowi Schollowi w sonatach Lanzettiego, kantatach Caldary i Haendla, gdzie jego instrument wyróżniał się jako wiodący. Wykonania Avitala każdego utworu były wysmakowane i stylowe. Jego mandolina na tle innych instrumentów rodzajem wielobarwnego cienia, który towarzyszył Schollowi. Po to, żeby wieść wspólnie, na zmianę, równocześnie muzyczny dialog, dopełniając, akcentując, dobarwiając fragmenty granych utworów. Vivaldiego Avital zaproponował w możliwie najczystszej postaci, z wielką dbałością o najmniejsze niuanse. A kiedy mandoliną rywalizował z pozostałymi muzykami, wysyłał słuchaczom czytelnie podobny sygnał, że nie stara się być nowatorem, ale być wierny dawnym kompozytorom, bowiem zdaje sobie sprawę z ich geniuszu. Można było podziwiać, jak bardzo kunszt wykonawczy Avitala jest podbudowany warsztatowym opanowaniem mandoliny będącej kopią klasycznego instrumentu. Zwłaszcza kiedy artysta towarzysząc Schollowi w pieśniach barokowego Anonima „L”occasion delle Mel pene”, „La blondyna” i „La farfalle” grał na maleńkiej, prościutkiej mandolinie weneckiej i jegobiegłość była tak niebywała, że tempo grania dorównywało wiolonczeli i klawesynowi. Ale imponowała też artykulacja, czystość, selektywność tonu, dar interpretacji. Avital był liryczny w Vivaldim, porywająco dynamiczny w Caldarze,  uporządkowany i emocjonalny w Haendlu. A całość jego wykonań barokową poezją.

Scholl jak aksamit

Jeden z obecnie najbardziej rozchwytywanych śpiewaków, kontratenor Andreas Scholl, który lubi zaskakiwać słuchaczy i bawić ich kosztem (słynne, kultowe już, zderzenie podczas jednego koncertu w jednej pieśni Schuberta kontratenoru uosabiającego Dziewczynę i barytonu będącego personifikacją Śmierci!) w Łańcucie postanowił pozachwycać publiczność pierwszym z nich. W kantatach –Haendla „Nel dolce tempo” i „Sento la che ristretto” i Caldary „Da tuoi lumi” i „Veghe luci” oraz pieśni „L”occasion delle mei pene”, pochodzącego z ich czasów Anonima. Wykonując je Scholl zdawał się być najbardziej skupiony na perfekcyjnym, czujnym i stałym kontrolowaniu intonacji. Aksamitnym głosem oddawał nastrojowość, delikatną ulotność, subtelny wdzięk kantat. Można było odnieść wrażenie, że to jego prawdziwy żywioł, jego świat. Kontratenor Scholla uznawany powszechnie za altowy, jest pełen barw różnych, których artysta używa zależnie od śpiewanego utworu. W Haendlu głos Scholla wchodził w głębokie rejestry altowe, w Caldarze bywał nasycany sopranową dynamiką, w Anonimie  tworzył błyskotliwą mieszankę. Zauważała to łańcucka publiczność najżywiej oklaskując artystę za Anonima.W Łańcucie też udowodnił, że z upodobaniem śpiewa kantaty. Miło było posłuchać wykonań, których wirtuozeria i dramatyzm nie pociągały rzekomej konieczności nadużywania głosu (jak często się zdarza!). Zmieniając rejestry, Scholl bawił się nim wykwintnie i wyrafinowanie. W ciągu całego koncertu trzymał się konsekwentnie założenia, że kantatę trzeba traktować jako utwór ulotny i impresyjny. Tak to również rozumieli grający na kopiach instrumentów z epoki partnerujący mu mandolinista Avital, lutnista Bagnati, wiolonczelista Frezzato i fenomenalna klawesynistka Tamar Halperin. Z barokową giętkością, przepięknym i delikatnym basso continuo, klarownie, miękko i zmysłowo realizowali partie instrumentalne.

Podleś altowa koloratura

Ewa Podleś w Łańcucie śpiewała repertuar bardzo popisowy dla swojej skali głosowej. Były w nim sielskie i sentymentalnie nostalgiczne pieśni Chopina (wstydliwie chciał je spalić!) i pełna rozbuchanych namiętności kantata „Ariadna na Naksos” Haydna, surowe, mroczne pieśni Parery Fonsa do poezji Emily Dickinson, i taneczne, radosne i frywolne Zigeunerrlieder Brahmsa. Artystka dysponując kontraltem, zawsze szokowała zaskakującymi możliwościami sięgania do wyższych rejestrów. Tak było również w Łańcucie, kiedy w Haydnie popisała się fantastyczną koloraturą altową, w Fonsie wyrazistą melodeklamacją, w Brahmsie operetkowym wigorem. Bez zauważalnego wysiłku z nizin swego kontraltu sięgała wyżyn. Po czym dowodząc mistrzostwa i ogromnego doświadczenia schodziła z nich miarowo i kunsztownie. Jej interpretacja muzyki i tekstu, była rodzajem przesłania. Publiczność słusznie miała wrażenie, że Podleś wchodzi na scenę z zamiarem przekazania jej ważnych, konkretnych treści znaczeniowych w utworze, nie jedynie samej muzyki. Treści, które nie każdy solista z nut odczytuje. Podziwiano znakomitą dykcję artystki. W jej śpiewie było słychać wyraźnie nie tylko frazę melodyczną, ale każde słowo. Jeśli ktoś dobrze znał włoski, angielski, niemiecki, rozumiał poszczególne słowa pieśni Haydna, Fonsa i Brahmsa. Nie mówiąc o Chopinie! (Naturalnie, wystarczyła znajomość polszczyzny!). Partnerowała jej świetna pianistka Anna Marchwińska, zdyscyplinowanie wyczulona na każdy manewr głosowy.  

Pasiecznik soczystość brzmienia

Namiętny sopran Olgi Pasiecznik okazał się stworzonym dla lirycznych pieśni francuskich i słowiańskich. A były to w Łańcucie „Melodies de jeunesse” Debussy, „La courte paille” Poulenca, „Cinq melodie populaires grecques” Ravela, „Pieśni kurpiowskie” Szymanowskiego i ukraińskie ludowe. Również w Łańcucie nie po raz pierwszy dowiodła, że jej głos zachwyca rzadko spotykaną złocistą barwą i w zestawieniu z soczystym brzmieniem zapewnia słuchaczom doznania szczególne. Dodajmy wrażliwość, muzykalność, inteligencję interpretacyjną, uwrażliwienie na niuanse tekstu, wysmakowane operowanie wolumenem głosu i krystaliczną intonację. Wspomniane pieśni  nie tylko śpiewała, ale i odgrywała aktorsko. Jej głos urzekał zmiennością nastroju. W pieśniach francuskich na przemian była w nim melancholia, tragizm i nadzieja. W kurpiowskich prostota i zadumanie. Z ukraińskich z wielką swobodą umiała wydobyć plebejską radość i erotykę. Publiczność doceniła brawami kunsztowne łączenie liryzmu z zauważalną drapieżnością wykonań, energetyczną żywiołowość i subtelność z rodzajem melancholii. Partnerująca jej pianistka Natalia Pasiecznik wręcz instynktownie współczuła z nią muzykę subtelną i wysmakowaną.

Donizetti w plenerze 

Przed bajecznie rozświetlonym zamkiem – rezydencją łańcucką, artyści Opery Krakowskiej wystąpili w „Napoju miłosnym” Donizettiego. Spektakl z karnawałowym przepychem zainscenizował do warunków pleneru Bogusław Nowak. Po części nawiązując do słynnej realizacji Henryka Baranowskiego, który osadził akcję w pegeerze, świecie drelichów i kufajek, istotne role wyznaczając kurom, gołębiom i kozie. W Łańcucie zwierząt nie było, ale skórzane kurtki mieszały się z kostiumami z epoki. Na pierwszym planie była muzyka i piękne głosy.  Nowak drobiazgowo wykorzystał przestrzeń – scenę przed zamkiem, jej pobocza, zamkowe okna, z których śpiewali chór i soliści. Wyglądało to tak, jakby z pewnego punktu oparcia, puszczał w ruch kolorową, szaloną, radosną machinę. Nie do końca ważne było gdzie się rzecz dzieje, byle się działa, bo nie sens akcji się liczy, ale uroda głosów i muzyki. Krakowskie przedstawienie w dużej mierze tworzyły świetne głosowo i aktorsko kreacje Iwony Sochy  –  Adina (imponująco łączyła i przekazywała emocje), Andrzeja Lamperta – Nemorino (dał popis przepięknego liryzmu), Michała Kutnika – Belcore (zachwycał precyzją i brawurowym aktorstwem, na które publiczność żywiołowo reagowała oklaskami), Przemysława Firka – Dulcamara (bas o wycieniowanej, pięknej  barwie) i Moniki Korybalskiej – Gianetta (jej mezzosopran o delikatnej barwie brzmiał szczególnie przekonywująco). Chór przygotował Zygmunt Magiera. Barwną scenografię z wykorzystaniem przestrzeni multimedialnych Bożena Pędziwiatr. Oświetlenie Dariusz Pawelec. Mocnym oparciem dla solistów i chóru była orkiestra Filharmonii Podkarpackiej pod narzucającą dyscyplinę, energetyczną batutą Evgenya Volynskyego.„Napój miłosny" nadal widownię bawi, jeśli jest w nim humor, namiętność i tajemnica wywołująca podświadomie niepokój.

Nastrój kameralny

W zamku skrzypek Piotr Pławner i klawesynista Marek Toporowski grali sześć Sonat na skrzypce i klawesyn Bacha. Była rzadka okazja posłuchania kompletu genialnych dzieł przepełnionych refleksją i intelektualnym wyrafinowaniem.Pławner grał ekspresyjnie, starannie akcentując i modelując niuanse.Toporowski z temperamentem realizował basso continuo. Zasłużył na brawa za II część 6 Sonaty G-dur na klawesyn. Można było podziwiać, jak obaj artyści błyskotliwie i perfekcyjnie poczynają sobie z karkołomnym tempem, jakie sonatom narzuca Bach, zwodniczo rozpoczynając utwór wolno żeby nagle wprowadzić kaskady dźwięków. Tak gwałtownie, że drżał kryształowy żyrandol u sufitu sali balowej.

BOVIARTrio, kameraliści z Niemiec, klarnecista Daniel Bollinger, wiolonczelista Julian Arp i pianista Gerhard Vielhaber, grali Trio B-dur op.11 na fortepian, klarnet i wiolonczelę Beethovena i Trio klarnetowe w-moll op.114 Brahmsa, oraz miniatury twórców współczesnych „Shedun fini” Gilada Hochmana z Izraela i „et pourtant c”Est mieux qu”en hiver” Violety Dinescu z Rumunii. Beethoven był radosny, chwilami rustykalny. Z zapierającym dech przewodnim, nostalgicznym motywem wiolonczeli, która nieoczekiwanie wchodzi w subtelny dialog z klarnetem, i brawurowym, żartobliwym motywem fortepianu. Brahmsa zagrali powściągliwie, wrażliwie, delikatnie sugerując ukryte emocje, kończąc ekspresyjnym motywem cygańskim. W finale obu części koncertu pomieścili dwa współczesne rarytasy: klimatyczny, pełen ekspresji i barw utwór Hochman, hołd dla Symfonii „Niedokończonej” Brahmsa, i surową, wyciszoną, z przejmującym glissando klarnetu, wybrzmiewającą parosekundową ciszą kompozycję Dinescu, obrazującą dramat ludzi w świecie totalitarnym.  

W łańcuckiej farze koncertował Wrocław Baroque Ensemble: sopran Aldona Bartnik, kontratenor Matthew Venner, Tenor Maciej Gocman i bas Tomas Kral, pod wymagającą batutą Andrzeja Kosendiaka. Można było posłuchać wysmakowanych „In Virtute Tua”, Hymnów i Completorium Gorczyckiego oraz Missa Pulcherrima Pękiela. Uderzająca była niedzisiejsza radość muzyków ze wspólnego muzykowania i chęć wzajemnego słuchania siebie. Cechy niby uniwersalne i konieczne, ale nie zawsze obecne.  A bardzo przydatne, jeśli odtwórcy próbują wnikliwie i przenikliwe wejść w duchowy wymiar granej muzyki próbując ukazać jej głębię, w taki sposób, że dla przynajmniej części słuchaczy jest to ważne przeżycie. Na pograniczu takiego przeżywania estetycznego i dla niektórych religijnego był koncert w farze.

Jazz i piosenka

Trochę jazzu na koniec. W sali Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie recital Włodka Pawlika. Na scenie Pawlik z zespołem, Concertino Chamber Orchestra wzmocniona podkarpackimi filharmonikami, za pulpitem Michael Maciaszczyk. Fascynująca różnorodność chwytliwych melodii i rytmów, połączenia jazzowej kompozycji i improwizacji, w sumie z poezją.Subtelność melodyczna łagodnie podkreślana akordami fortepianu i przez sekcję rytmiczną.Z momentami drażniącymi i intrygującymi, i takimi, które subtelnie wpadają w ucho. Zachwycające muzyczne i wokalne popisy. Chwile skupienia i gwałtownego rozbudzenia.Największymi brawami nagrodzono utwór „We are from here” na dwa fortepiany i orkiestrę. Temperaturę koncertu podnosiły ekspresyjne wykonania „Puls 11/8” na fortepian i orkiestrę i „Cellomania” na wiolonczelę i orkiestrę. W finale II Koncert fortepianowymieniący się barwami stylistycznie bliskimi muzyce renesansu i romantyzmu, wzbudził zachwyt największy.

Plenerowo, przed zamkiem koncertował z orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej zespół Kukla – Band, pod batutą Zygmunta Kukli. W programie były motywy muzyczne z filmów dawnych i niedawnych. Także piosenki, w wykonaniu Katarzyny Cerekwickiej, Moniki Ledzion, Piotra Tazbira i Pawła Skałuby.

Pośrodku festiwalu było miejsce na recital Krystyny Jandy, która przypomniała dobrze znane piosenki z warszawskiego „Och Teatru”, ze spektakli Osieckiej i Młynarskiego.

55. Muzyczny Festiwal w Łańcucie za rok 21-28 maja. Organizuje go jak zawsze od ponad pół wieku Filharmonia Podkarpacka w Rzeszowie. Dyrektor Marta Wierzbieniec zapowiada same atrakcje.

Andrzej Piątek

„Twoja Muza” nr 4 sierpień – wrzesień 2015

WIZYTA W FILHARMONII, Małgorzata Michalik

Wizyta w Filharmonii

Wpisany przez Małgorzata Michalik   
poniedziałek, 21 października 2013 17:53

W minioną środę (16-10-13r.) przedszkolaki z grupy „Żabki” i „Ślimaki” udały się do Filharmonii. Po zapoznaniu się z zasadami jakie obowiązują w tym miejscu dzieci miały okazję wysłuchać kilku wspaniałych utworów zaprezentowanych przez muzyków. Prowadzący spotkanie w bardzo ciekawy sposób potrafił zainteresować dzieci muzyką poważną. Dzieci brały udział w licznych konkursach. Dowiedziały się jakie instrumenty wchodzą w skład orkiestry symfonicznej, jaką rolę w orkiestrze pełni dyrygent oraz poznały budowę i brzmienie wiolonczeli. Po tym spotkaniu dzieci wiedza także kim był Vivaldi i jak pięknie poprzez muzykę potrafił opowiadać o porach roku. Kto wie, może po tej wizycie któryś z przedszkolaków zapragnie zostać muzykiem?

Impresje po 52. Muzycznym Festiwalu w Łańcucie, Andrzej Piątek, Maestro.net.pl

Muzyczny Festiwal w Łańcucie: Youtube do nas przyjechał, Polskamuza.eu

Muzyczny Festiwal w Łańcucie: Youtube do nas przyjechał!


2013-05-27 18:56:56

Znani dotąd polskim fanom jedynie z Youtuba, ewentualnie z koncertów dawanych za granicą, doskonali muzycy i fantastyczni komicy: Aleksiej Igudesman i Hyung-Ki Joo, wystąpili podczas piątkowego koncertu 52. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Na widowni dało się słyszeć westchnienie ulgi przemieszanej z radością: „Niesamowite! Youtube do nas przyjechał!”

 

Wydarzenie to nie jest możliwe do opisania jakimikolwiek słowami. Powiedzieć, że artyści wykonali tego wieczora większość skeczów możliwych do obejrzenia w sieci, chociaż będzie prawdą – ma się nijak do tego, co działo się na scenie Filharmonii Podkarpackiej. Każdy występ Igudesmana i Joo posiada niepowtarzalny klimat. Inne fengshui. Polski „żurek”, „pierogi”, „krowy”, „żaby” i Chopin – to wymusza na Igudesman & Joo muzykach nowe nastawienie i odmienne podejście do lokalnej publiczności.

fot. Piotr Gajda Foto NIK.

 

Specjalnie dla Rzeszowa Igudesman i Joo przygotowali nową piosenkę o… krowie Bessy. Napisany do muzyki Tea for two tekst był pretekstem do wielu zabawnych ilustracji prezentowanych na scenie przez Aleksieja Igudesmana. Onomatopeiczne zabiegi skrzypiec prezentowały odgłosy: muczenia, „kotka”, „żaby” i końcowego, dramatycznie brzmiącego efektu opisanego jako „zabije się krowa”. W międzyczasie operujący bogatą mimiką i obdarowany nieprzeciętnym urokiem osobistym skrzypek stworzył nietypowy układ choreograficzny, określony przez niego jako „cowiography”, czyli: „krowagrafija”. Niestety, został on przerwany przez Hyung-Ki Joo w kulminacyjnym punkcie, który określić by można jako „pełen powabu taniec z krowim ogonkiem”.

 

W programie występu znalazły się także znane skecze wiedeńskiego duetu oparte na motywach: „Marsza Tureckiego” Mozarta, tematu Symfonii g-moll Mozarta przeplatanego elementami ścieżki dźwiękowej z Jamesa Bonda, nie zabrakło też „koncertu Mozarta napisanego przez Rachmaninowa”, czyli skeczu „All by myself” opierającego się na kompilacji znanej piosenki wykonywanej m. in. przez Franka Sinatrę czy Celine Dion oraz II części Koncertu fortepianowego c-moll Rachmaninowa. Oczywiście, ‘before the pauza: Mozart!’ i znany skecz ‘Riverdancing Violinist’ z fragmentami Eine Kleine Nachtmusik i Symfonii g-moll Mozarta, V Symfonii c-moll Beethovena, Koncertu skrzypcowego e-moll Mendelssohna, Koncertu d-moll na 2 skrzypiec i orkiestrę Bacha, Allegra z I Koncertu skrzypcowego E-dur Wiosna z Czterech pór roku Vivaldiego, Medytacji z opery Thaïs Masseneta, a wszystkich zwieńczonych szkocką pieśnią patriotyczną Odważna Szkocja (Scotland the Brave) z brawurowym riverdance w wykonaniu obu muzyków. I miotły. Niestety, bez odkurzacza.

 

Po przerwie, oczywiście: Mozart! I wykonanie Sonaty C-dur Facile w ekstremalnym tempie, w czasie niespełna 10 sekund. Zaprezentowany publiczności skecz poza kontaktem z wytęsknioną i długo oczekiwaną muzyką klasycznego mistrza przyniósł też małą dawkę wiedzy muzycznej. Próbującemu otworzyć stojący na scenie fortepian Joo, bezlitosny automat – żądając co chwilę uiszczenia opłaty za Igudesman & Joogrę – wyjaśniał: If you want to play disco polo, go home; If you want to play modern music, please, play all the sharp keys at the same time, If you need master level, please, play the first bars of Grieg’s Piano Concert.

fot. Piotr Gajda Foto NIK.

 

W dalszej części programu, w wyniku odniesionych ran i obrażeń, pozbawiony prawej ręki pianista, Hyung-Ki Joo, zmuszony był wykonać Nokturn op. 9 nr 2 na lewą rękę Skriabina. Z kolei inna, uwzględniona nawet w biografii muzyka zamieszczonej na oficjalnej stronie internetowej duetu, „ułomność fizyczna” pianisty była prawdopodobną inspiracją wykonanego na zakończenie wieczoru skeczu: Rachmaninow miał wielkie ręce. Joo, pianista o małych rękach (choć jak sam podkreśla, „tylko rękach”), posiłkował się pomocą drewnianych desek z doklejanymi kołkami, które przyłożone do fortepianu idealnie trafiają w najbardziej rozległe akordy Preludium cis-moll Rachmaninowa.

 

Oczywiście, nie obyło się bez bisów. Choć ku ogólnemu zaskoczeniu, bisy obyły się bez muzyki Mozarta. Wywoływani trzykrotnie na scenę muzycy wykonali – w całości – Medytacje Masseneta oraz składankę bazująca na motywach z utworów Chopina: Etiudzie f-moll, Walcu f-moll, Etiudzie c-moll op. 25 nr 12, Balladzie f-moll, przeplatanych melodią rosyjskiej piosenki Очи чёрные (Oczy czarne) i ubarwione wstawką z Happy Birthday.

 

Ostatnim elementem wieczoru był skecz I will survive, oparty na piosence nagranej w 1978 roku przez Glorię Gaynor. Niezawodny, jeśli chodzi o tworzenie niepospolitych efektów dźwiękonaśladowczych, Aleksiej Igudesman popisał się w nim nie tylko pięknym „Russian English”, ale też grą na skrzypcach przy pomocy… spieniacza do mleka. A wydawać by się mogło, że uprzedzeni wysłuchaniem: chrapania na skrzypcach uzyskanego dzięki zabawie kołkami, gry smyczkiem długości ok. 25 cm, miauczenia, muczenia, żabiego rechotu, zarzynania krowy – nic nas już nie zaskoczy.

 

Jakie refleksje nasuwają się po występie duetu Igudesman & Joo? Pierwsza dotyczy obaw towarzyszących niektórym spośród uczestników i obserwatorów Festiwalu widzących zagrożenie w organizacji koncertów „niepoważnych”. Igudesmana i Joo zdecydowanie bać się nie trzeba. Zafundowany Igudesman & Jooprzez nich spektakl zapewne wydawać się może „kontrowersyjny”, ale tylko w tym znaczeniu, w jakim się tego słowa dziś popularnie używa: w sytuacji braku argumentów merytorycznych dla wyrażenia własnej niechęci. Niewątpliwie poczynania obu artystów burzą atmosferę wzniosłości. Pytanie tylko – komu i do czego jest ona potrzebna?

fot. Piotr Gajda Foto NIK.

 

Drugim dylematem, jaki zdaje się od dłuższego czasu towarzyszyć Muzycznemu Festiwalowi w Łańcucie, jest pytanie o to, jak daleko można się posunąć w odrzuceniu powagi. Igudesman i Joo stanowią gotową odpowiedź na tę wątpliwość. W biografii Joo czytamy, iż pewnego dnia zdał on sobie sprawę, że świat muzyki klasycznej ma niewiele wspólnego z duchem, w jakim ta muzyka została stworzona i zaczął marzyć o odnalezieniu sposobu, w jaki można by ją przedstawić szerszemu i nowemu gronu słuchaczy – marzenie to zrealizowało się w jego show: ‘A little nightmare music’.

 

Wniosek stąd taki, że ostoją „wyjątkowości” Festiwalu w Łańcucie nie musi być konwencja i bezpieczny program wydarzeń muzycznych. Wręcz przeciwnie. Wczorajszy wieczór dowiódł, że droga obrana przez Organizatorów jest tą właściwą – postawienie na najwyższy poziom wykonawczy i rozumienie muzyki, najbardziej wiarygodnie wyrażające się często właśnie w formie zabawy, ma być kwestią ważniejszą niż poruszanie się w oparach poczucia wyższości. Wszak wielkość nie boi się śmieszności.

 

Sylwia Jakubczyk-Ślęczka

52. Festiwal Muzyczny w Łańcucie
Igudesman&Joo
24. maja 2013, Filharmonia Podkarpacka

Muzyczny Festiwal w Łańcucie: Niezapomniane piosenki, Polskamuza.eu

Muzyczny Festiwal w Łańcucie: Niezapomniane piosenki
2013-05-23 07:18:55

 

„Bo nie zapomnisz mnie, gdy moją piosenkę spamiętasz, w melodii tej siła zaklęta, i czar, i moc”. Publiczność zebrana 20. maja 2013 r. na nocnym koncercie 52. Festiwalu Muzycznego w Łańcucie z pewnością z uśmiechem i nostalgią wspomni te słowa, zapisane przed 75 laty przez Ludwika Starskiego, a po raz pierwszy odśpiewane z muzyką skomponowaną przez Henryka Warsa w filmie Zapomniana melodia w roku 1938, które wczoraj miała możliwość usłyszeć na nocnym – „niezapomnianym” – koncercie grupy Voice Band.

 

Voice BandKim są panowie z Voice Bandu? Tomasz Warmijak, I tenor, jest absolwentem Wydziału Wokalno-Aktorskiego gdańskiej Akademii Muzycznej. Arkadiusz Lipnicki, „szwagier Johna Portera” i II tenor zespołu, studiował w klasie śpiewu Akademii Muzycznej w Krakowie, od kilkunastu lat związany jest też z grupą Rafała Kmity. Grzegorz Żołyniak, baryton, ukończył Wydział Wokalno-Aktorski Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, występuje również jako artysta Warszawskiej Opery Kameralnej. Piotr Widlarz, bas, jest absolwentem klasy akordeonu Akademii Muzycznej w Warszawie.

fot. Piotr Gajda, FOTO NIK

 

Współzałożycielem i stałym członkiem składu jest też Wacław Turek, akordeonista, absolwent krakowskiej Akademii Muzycznej. Podczas wczorajszego koncertu kwartetowi męskiemu, z gościnnym występem Anity Lipnickiej, akompaniowali również: Marcin Słomiński – perkusja, Artur Hołuszko – gitara, mandolina i Wojciech Gumiński – kontrabas.

 

Tak imponujący skład zespołu zajmującego się wykonawstwem muzyki rozrywkowej każe zadać sobie pytanie – co też panowie wzięli na tapetę? Jakie utwory z działu popularnych są na tyle interesujące i wartościowe, by zajmowała się nimi grupa wyłącznie profesjonalnych muzyków? (Nie sposób w tym miejscu oprzeć się refleksji, że przy obecnym stanie muzyki rozrywkowej myślenie w kategoriach: „artysta dla sztuki”, zamiast: „celebryta z tłem pozbawionym znaczenia”, może nas nieco dziwić.)

 

Otóż, misją takich zespołów jak Voice Band, nawiązujących do tradycji revellersów, czyli męskich kwartetów lub kwintetów wokalnych szalenie popularnych szczególnie w latach 30-tych XX wieku, jest tworzenie na scenie „mini-spektaklu” słowno-muzycznego. W tym celu aranżuje się i wykonuje piosenki pisane do tekstów wyróżniających się poetów i satyryków, do których muzykę tworzą uznani kompozytorzy sceny rozrywkowej.

 

W przypadku koncertów grupy Voice Band mamy do czynienia z odtwarzaniem i ożywianiem dawnych przebojów polskiej sceny teatralnej, kabaretowej, filmowej, tekstów pisanych przez Juliana Tuwima, Mariana Hemara, Andrzeja Własta, Ludwika Starskiego, muzyki Henryka Warsa, Jerzego Petersburskiego, Władysława Daniłowskiego, piosenek, których pierwszymi wykonawcami byli Eugeniusz Bodo, Mieczysław Fogg czy też chóry: Dana, Juranda i Czejanda. Słowem, niezapomniana muzyka w niezapomnianym Voice Bandwykonaniu.

 

Trudno porównywać pierwowzory z ich współczesnymi aranżacjami. Zmiana gustów publiczności, odmienna percepcja muzyczna, nowe style muzyczne i zupełnie odmienny od przedwojennego styl życia współczesnego słuchacza sprawiają, że naśladowanie międzywojennego wykonawstwa staje się bezcelowe. Porównywać można najwyżej skalę zachwytu budzoną przez artystów w publiczności. I w tym punkcie Voice Band odnosi całkowity sukces!

fot. Piotr Gajda, FOTO NIK

 

Pierwszy tenor, Tomasz Warmijak, jest nie tylko utalentowanym wokalistą, ale też świetnym aktorem. Jego liryczny, uwodzący głos w połączeniu z bogatą mimiką i wielką swobodą ruchów na scenie sprawiają, że trudno oderwać od niego wzrok. Zdecydowanie najbardziej porywającym momentem jego występu była szalona wokaliza wykonana podczas bisu – w piosence Don Kichot.

 

Arkadiusz Lipnicki jest doskonałym wokalistą i dowcipnym konferansjerem. Niejednokrotnie poza piosenkami wykonywanymi przez zespół, publiczność oklaskiwała również jego komentarze wygłaszane w przerwach między kolejnymi utworami. I tak na przykład wykonaną przez Eugeniusza Bodo w filmie Pieśniarz Warszawy z roku 1934 piosenkę Zrób to tak Lipnicki nazwał instrukcją obsługi kobiety, z której „młodzi się czegoś nauczą, a starsi wiedzą, o co chodzi, ale już jest za późno.” Osobnymi brawami publiczność nagrodziła kąśliwy komentarz po piosence Marysiu, kiedy wokalista – nawiązując do ich interpretacji zakończenia piosenki – wyjaśnił, że nie była dedykowana Marysi, ale Rysiowi: „Takie czasy…”

 

Voice BandZachwycający są również Grzegorz Żołyniak i Piotr Widlarz. Obaj doskonale zgrani z zespołem. Niski, głęboki, barwny glos Widlarza w opracowaniach piosenek prezentowanych przez Voice Band służy często uwypukleniu treści komicznych – jak na przykład w Pijackim tangu czy w „najbardziej świńskiej piosence z repertuaru zespołu”, czyli Trzech świnkach

 

Subtelnego uroku piosenkom prezentowanym w drugiej części koncertu dodała obecność Anity Lipnickiej. Wykonane wspólnie z Voice Bandem piosenki: W siódmym niebie, Stachu, Ja się boję być we dwoje, Wrócisz czy pożegnalna: Zatańczmy jeszcze ten raz były cennym, aczkolwiek wcale niekoniecznym urozmaiceniem wieczoru. Myślę, że pozytywnie zaskoczeni mogli być ci słuchacze, których przyciągnęła przede wszystkim sława i talent piosenkarki, a dzięki którym mieli szansę odkryć doskonały zespół muzyki rozrywkowej zupełnie niepotrzebujący reklamy i wsparcia, by samodzielnie zaistnieć i cieszyć się olbrzymim i zasłużonym uznaniem w polskim, i nie tylko, życiu muzycznym.

fot. Piotr Gajda, FOTO NIK

 

„Siła zaklęta w piosenkach” i ich wykonaniach zaprezentowanych przez Voice Band na Festiwalu w Łańcucie, ich „czar i moc”, z pewnością będą przyciągać jeszcze długo i oby coraz większe tłumy słuchaczy spragnionych dobrej rozrywki. Można by sobie życzyć by podobnie jak w Polsce przedwojennej, współczesna polska scena muzyki rozrywkowej rosła w liczbę i siłę zespołów takich jak Voice Band. By ich talent, pomysłowość i pracowitość budziły w nas tęsknotę za czymś więcej niż rytmiczne sylabizowanie czegokolwiek, a popularny dziś „fach” celebryty czym prędzej został wyparty przez działalność prawdziwych artystów, którzy wiedzą, co znaczy służba sztuce. W myśl słów Starskiego: „A choć zapomnisz mnie, piosenkę usłyszysz tę rzewną i tęsknić już będziesz na pewno co dzień, co noc…”

 

Sylwia Jakubczyk-Ślęczka

Muzyczny Festiwal w Łańcucie: Krzysztof Komeda forever. Polskamuza.eu

Muzyczny Festiwal w Łańcucie: Krzysztof Komeda forever


2013-05-25 17:14:46

To był niezwykły koncert. Niezwykły z wielu powodów. Pierwszy to niecodzienny repertuar – muzyka filmowa Krzysztofa Komedy w trakcie 52. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie kojarzonego głównie z muzyką kameralną. Drugi powód to oryginalne połączenie różnorodnych formacji muzycznych i osobowości artystycznych: Trio Andrzeja Jagodzińskiego wystąpiło wspólnie z kwartetem smyczkowym Time Kwartet, znakomitym saksofonistą, Henrykiem Miśkiewiczem oraz z Jadwigą Kotnowską, jedną z najwybitniejszych polskich flecistek. Last but not least zaśpiewały także dwie najlepsze polskie, ba, Muzyczny Festiwal w Łańcucieświatowe, wokalistki jazzowe – Grażyna Auguścik i Agnieszka Wilczyńska. Dzięki takim muzykom Krzysztof Komeda istotnie jest wiecznie żywy!

fot. z archiwum FP

 

Niedzielny koncert wypełniła muzyka ze Złotej płyty z muzyką filmową Krzysztofa Komedy. Obecny na sali Andrzej Bronarski z POLmusic, wydawca krążka, otrzymał od publiczności gromkie brawa. Nie był to jedynie kurtuazyjny gest, ale wyraz radości z tak dobrze wydanej płyty. Nawiasem mówiąc płyta otrzymała już status złotej płyty i sprzedaje się znakomicie, co w świecie muzyki jazzowej nie jest przecież regułą.

 

Krzysztof Komeda (1931-1969) jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych na świecie twórców muzyki filmowej. Aż trudno uwierzyć, że współtwórca tzw. „polskiej szkoły jazzu” z wykształcenia był… lekarzem. Jego muzyce był poświęcony niedzielny wieczór w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie.

 

Trio Andrzeja Jagodzińskiego (Andrzej Jagodziński – fortepian, Adam Cegielski – kontrabas, Czesław Bartkowski – perkusja) od czasów płyty Chopin z 1994 roku konsekwentnie realizuje nagrania muzyki klasycznej z „jazzowym pazurem”. Ich płyty cieszą się ogromną popularnością. Nie sposób zresztą nie zachwycić się lekkością i swobodą z jaką grają „klasykę”. Ich nowatorski koncert muzyki jazzowej w klasycznym opracowaniu w rzeszowskiej Filharmonii jest potwierdzeniem ich wspaniałego muzycznego temperamentu.

 

Koncert rozpoczął się kompozycją dość oczywistą – jedną z najbardziej znanych melodii dwudziestego wieku – Kołysanką z filmu Romana Polańskiego Dziecko Rosemary. Film powstał w 1968 roku, już ponad czterdzieści lat temu. Trudno jednakże odmówić, zarówno filmowi jak i ścieżce dźwiękowej, blasku. Czarujący głos Grażyny Auguścik i piękna, niepokojąca nuta Kołysanki były dobrym wprowadzeniem w wieczorny nastrój. Kolejne aranżacje pochodziły z okresu największej świetności Krzysztofa Komedy. Pojawiły się dwa utwory z filmów słynnego duńskiego reżysera Henninga Carlsena People Meet and Sweet Muzyczny Festiwal w ŁańcucieMusic Fills the Heart (Ludzie spotykają się i miła muzyka rodzi się w sercach) z 1967 r. Najpierw usłyszeliśmy Bossa novę (z dojrzałym śpiewem Grażyny Auguścik), potem Balladę wykonaną przez Henryka Miśkiewicza (saksofon) i Trio Andrzeja Jagodzińskiego.   

fot. z archiwum FP

 

Niedzielny koncert uzmysławia również ile świetnych tekstów napisała Agnieszka Osiecka i Wojciech Młynarski. Przecież Ja nie chcę spać Osieckiej to majstersztyk! Pierwszy raz zaśpiewała tę piosenkę Kalina Jędrusik w 1965 roku (w spektaklu teatralnym Jana Biczyckiego pt. Śniadanie u Tiffany’ego). Utwór szybko stał się przebojem i nadal cieszy się popularnością wśród polskich wokalistek (na uwagę zasługują aranżacje Marii Sadowskiej czy Justyny Steczkowskiej). Agnieszka Wilczyńska, młoda, utalentowana i piękna wokalistka jazzowa (okrzyknięta przez czytelników Jazz Forum jedną z najlepszych wokalistek jazzowych w Polsce) zaśpiewała Ja nie chcę spać w sposób koncertowy. Jej delikatny i krystaliczny głos pozostanie na długo w pamięci. Błogostan, jaki malował się na twarzy wielu słuchaczy jest chyba najlepszą rekomendacją. Kolejne utwory Komedy, jakie pojawiły się w trakcie koncertu, to nie tylko jedne z najbardziej rozpoznawalnych kompozycji tego autora, ale przede wszystkim „perły” muzyki filmowej: wspaniale zaśpiewana przez Agnieszką Wilczyńską piosenka Samotne wyspy serc z filmu The Riot (reż. Buzz Kulik, 1968) do słów Młynarskiego czy Każdy szafę ma z filmu Polańskiego Nóż w wodzie z 1958  wykonana przez fenomenalną Grażynę Auguścik. Na uwagę zasługuje również gra flecistki, Jadwigi Kotnowskiej. W Svantetic z 1965 r. oraz w Cul-de-Sac z filmu Polańskiego (Matnia, 1966) udowodniła, że flet może wręcz elektryzować.

 

Wieczór w rzeszowskiej Filharmonii zakończył się utworem z filmu Nóż w wodzie (1962 r.) Polańskiego pt. Z lat zielonych walc szalony (Crazy girl) do słów Wojciecha Młynarskiego. Muzycy na bis zagrali ten sam utwór, ale w autorskiej aranżacji Jagodzińskiego. Dwa te same utwory w dwóch aranżacjach - tak potrafią grać tylko wybitni artyści! Gorąco zapraszam na Podkarpacie, na 52. Festiwal Muzyczny w Łańcucie. Tutaj naprawdę ludzie spotykają się i miła muzyka rodzi się w sercach.        

 

Magdalena Bąk

Niezwykłe trio na łańcuckiej scenie, BiznesiStyl.pl

Niezwykłe trio na łańcuckiej scenie

Sylwia Katarzyna Mazur

Dodano: 21-05-2013

fot. T. Poźniak

fot. T. Poźniak

 
W piątym dniu łańcuckiego festiwalu na scenie pojawiła się trójka wybitnych polskich artystów – Urszula Kryger (mezzosopran), Tomasz Strahl (wiolonczela) oraz Tomasz Herbut (fortepian). Pomysł, aby na scenie występować razem zrodził się po łańcuckim Festiwalu w 2006 r. Jak powiedział Tomasz Herbut, szybko okazało się, że utworów pisanych na głos, wiolonczelę i fortepian jest niemało, co zwiększało szansę na przyszłe wspólne występy.
 
Wtorkowy koncert podzielony był na dwie części. W pierwszej artyści wykonali utwory francuskojęzyczne z XIX w. (wyjątek stanowił utwór „My beloved spake” z „Pieśni Salomona”). Wśród nich pojawiły się kompozycje Hectora Berlioza, Cesara Francka, Julesa Masseneta oraz Charlesa Gounoda, z tekstami m.in. Victora Hugo oraz Alexandra Dumasa. W owym czasie pieśni te były częścią rozwiniętej kultury mieszczańskiej i były tworzone na użytek salonu. Jednakże, jak podkreślił Tomasz Herbut, umiejętności muzyczne ówczesnych były znacznie bardziej rozwinięte od naszych.  Utwory, na ogół zwrotkowe, poza kompozycjami Jules Masseneta nie były jednakże zbyt skomplikowane, dzięki czemu często brzmiały w kamienicach. 
 
W drugiej części wieczoru znalazły się kompozycje wybitnego angielskiego twórcy, dyrygenta i pianisty Benjamina Brittena oraz Amerykanina niemieckiego pochodzenia Andre Previna, u którego wyraźnie słyszalne były wpływy jazzowe. Aplauz publiczności wzbudziły szczególnie „Nocturne” Anglika napisany po śmierci bliskiego przyjaciela oraz „Four Songs” Previna ze słowami Toni Morrison laureatki literackiej Nagrody Nobla z 1993 r.
 
Artyści dwukrotnie bisowali – po wykonaniu „La Captive” Hectora Berlioza, którą zresztą rozpoczynali występ, ponownie wychodzili na scenę, by pożegnać się z łańcucką publicznością.
 
Wydarzenie poprowadziła Olga Bończyk, która przyznała się, że po raz pierwszy dane jej było zapowiadanie koncertu muzyki klasycznej. W przerwach aktorka odczytała fragment pamiętnika Elżbiety Radziwiłłówny – żony Romana Potockiego, która opisywała swój przyjazd do Łańcuta, remont pałacu oraz chwile w nim spędzone. Później przyszła pora na „Barkarolę” Adama Asnyka oraz „Nokturn” Jana Lechonia.

"Traviata" na otwarcie 52. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie, portal BizensiStyl.pl

"Traviata" na otwarcie 52. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie

Aneta Gieroń

 

W nietypowym miejscu i nietypowym repertuarem oficjalnie rozpoczął się w sobotę 52.  Muzyczny Festiwal w Łańcucie. Operę „Traviata” Giuseppe Verdiego w wykonaniu orkiestry Filharmonii Podkarpackiej oraz solistów i chóru Opery Krakowskiej goście wysłuchali w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie.

 

W kolejnych dniach festiwalu, aż do soboty nie zabraknie innych, równie ciekawych koncertów. Prawie 400 artystów z siedmiu krajów wystąpi w sali balowej Muzeum – Zamku w Łańcucie, w Teatrzyku Księżnej Lubomirskiej, Storczykarni, Ujeżdżalni, w plenerze, a także w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie. 

 

Niewątpliwą atrakcją będzie występ 20 maja Katii i Marielle Labèque - najsłynniejszego duetu fortepianowego na świecie. Artystki od lat święcą triumfy w największych salach koncertowych świata; zaskakują i zadziwiają skalą talentu, zgraniem i brawurą wykonawczą.

 

21 maja z interesującym programem pieśni kompozytorów francuskich wystąpi Urszula Kryger, której towarzyszyć będą Tomasz Strahl (wiolonczela) i Tomasz Herbut (fortepian).

 

23 maja Magdalena Idzik, solistka Teatru Wielkiego-Opery Narodowej, przeniesie słuchaczy w nowy świat. Po raz pierwszy bowiem w historii Festiwalu muzyka zawita do… Zamkowej Storczykarni.

 

Wielki finał tegorocznego festiwalu nastąpi w sobotę, 25 maja, kiedy to przed Muzeum –Zamkiem w Łańcucie zobaczymy piękne widowisko muzyczne Carmina Burana w wykonaniu Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej, Chóru Teatru Wielkiego w Łodzi, Chóru Instytut Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego i Chóru Artos im. Władysława Skoraczewskiego.

 

http://www.biznesistyl.pl/pliki/Kultura/Otwarcie_Festiwalu_w_Lancucie_0135.jpg
 

Rozpoczął się 52. Muzyczny Festiwal w Łańcucie, portal Maestro.net.pl

12 koncertów na 52. Muzycznym Festiwalu w Łańcucie, Nowiny24.pl

12 koncertów na 52. Muzycznym Festiwalu w Łańcucie

Małgorzata Froń

Marta Wierzbieniec, dyrektor Filharmonii Podkarpackiej przedstawiła dzisiaj na konferencji prasowej program 52. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie.

(Krzysztof Kapica)

Ten festiwal to występ m.in. znakomitego tenora , Francuza, który pochodzi z Wietnamu, sióstr, niepowtarzalnych pianistek, czy Anity Lipnickiej.

- Zaczynamy w sali balowej Muzeum-Zamku, bo to właśnie dzięki tej sali zrodził się ponad pięćdziesiąt lat temu pomysł organizacji festiwalu – tłumaczy dyrektor. – A rozpocznie festiwal, w piątek 17 maja, Lutosławski Piano Duo. To nie przypadkowy wybór, mamy rok tego kompozytora, dlatego wystąpi duet, który zagra m.in. utwory Lutosławskiego. Natomiast uroczysta inauguracja festiwalu nastąpi dzień później, w niedzielę, a na inaugurację proponujemy Traviatę Verdiego w wykonaniu solistów i chóru Opery Krakowskiej. Gościnnie wystąpi znakomity, światowej sławy tenor Philippe DO, Francuz wietnamskiego pochodzenia.

 

Połączone chóry na finał

Kolejne dni festiwalu, który potrwa do 25 maja, to kolejne gwiazdy i spotkania z różnego rodzaju formami muzycznymi.

Będzie więc m.in. znakomity polski skrzypek Konstanty Andrzej Kulka, Trio Andrzeja Jagodzińskiego, które zaprezentuje muzykę filmową Krzysztofa Komedy ze "Złotej płyty”, będzie koncert światowej sławy pianistek sióstr Katii i Marielle Lebeque, usłyszymy nasza polska gwiazdę Anitę Lipnicką, a w finale, 25 maja wystąpią połączone chóry Teatru Wielkiego w Łodzi, Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego, Chór Artos, a usłyszymy kantatę Carla Orffa Carmina Burana.

Storczykarnia i teatrzyk po raz pierwszy

- Po raz pierwszy koncerty będą się odbywały w pałacowej storczykarni i w Teatrzyku księżnej Lubomirskiej – dodaje dyrektor Wierzbieniec. – W teatrzyku zobaczymy operę Telemanna "Pimpinone”. Natomiast w storczykarni zaprezentuje się z pieśniami hiszpańskimi Magdalena Idzik, mezzosopran, a towarzyszyć jej bedzie4 Robert Morawski – fortepian.

Łącznie festiwal to 9 koncertów karnetowych i trzy tzw. koncerty nocne. Swoistym prologiem festiwalu będzie koncert w Pałacu Dzikowskich w Tarnobrzegu, a odbędzie się 11 maja.

Festiwalowi towarzyszyć będą wystawy zarówno w Muzeum-Zamku, jak i w filharmonii, będzie też spotkanie z Bogusławem Kaczyńskim, który będzie podczas festiwalu promował swoją książkę "Łańcut moja miłość”.

Nie jest tanio, ale warto

Organizacja 52. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie będzie kosztowała około milion złotych.

– Dostaliśmy dotację z Ministerstwa Kultury w wysokości 200 tysięcy złotych, od urzędu marszałkowskiego 500 tysięcy, od prezydenta Rzeszowa 65 tysięcy, a resztę, mamy nadzieję, dostaniemy od sponsorów – mówi Marta Wierzbieniec.

Karnet na festiwal kosztuje 370 złotych, bilety na poszczególne imprezy to koszt od 40 do 100 zł. Sprzedaż rusza 9 kwietnia.

- Zdajemy sobie sprawę z tego, że karnety tanie nie są, dlatego staramy się, aby koncerty można było oglądać na telebimach – zapewnia dyrektor Wierzbieniec. – Prowadzimy tez rozmowy w sprawie transmisji telewizyjnej – zapewnia.

Pełny program festiwalu na www.strefaimprez.pl

Siostry Labeque i Anita Lipnicka. Gwiazdy festiwalu w Łańcucie, Gazeta Wyborcza Rzeszów

 

Siostry Labeque i Anita Lipnicka. Gwiazdy festiwalu w Łańcucie

Magdalena Mach
 
Inauguracja 50. jubileuszowego Muzycznego Festiwalu w Łańcucie

Inauguracja 50. jubileuszowego Muzycznego Festiwalu w Łańcucie (Fot. Krzysztof Koch / Agencja Gazeta)

  • Tenor Philippe Do wystąpi podczas inauguracji 52. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Na zdjęciu - na inauguracji 50. edycji festiwalu - miniatura
  • Lutoslawski Piano Duo - miniatura
  • Katia i Marielle Labeque - miniatura
Muzyczny Festiwal w Łańcucie w tym roku uroczyście rozpocznie się w... Rzeszowie. Sala balowa w łańcuckim zamku robi się dla tej imprezy za ciasna. - Festiwal nie znosi monotonii - mówią organizatorzy i szukają nowych miejsc. W tym roku zapraszają m.in. do storczykarni. Zastanawiają się też nad emisją koncertów na telebimie.
Festiwal urodził się w sali balowej łańcuckiego zamku, ale gdy przekroczył 50. coraz bardziej ochoczo wypuszcza się poza zamek, oswajając koncertowo coraz to nowe miejsca: po parku i Ujeżdżalni w poprzednich latach, w tym roku przyszła pora na storczykarnię. Po długiej przerwie jeden festiwalowy koncert znowu odbędzie się w uroczym Teatrzyku Księżnej Lubomirskiej, aż trzy koncerty zaplanowano w sali Filharmonii Podkarpackiej. Ale to dopiero początek ekspansji Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Marta Wierzbieniec, dyrektorka filharmonii i festiwalu, ma pomysły, jak sprawić, by w tej imprezie mógł uczestniczyć dosłownie każdy. Zdradza, że rozważana jest możliwość zamontowania telebimu przed budynkiem filharmonii, na którym wszyscy chętni będą mogli zobaczyć, co w tym czasie dzieje się w sali balowej w Łańcucie.

- Poszukujemy nowości, bo takie wyzwania stawiają przed nami dzisiejsze czasy. Festiwal powinien się zmieniać - tak tłumaczy zmiany dyrektor Marta Wierzbieniec. W imię tych zmian porzuca w tym roku ustalonym od kilku lat porządkiem: inauguracja w plenerze, zakończenie - w filharmonii. W tym roku będzie dokładnie odwrotnie.

 
 
 
Festiwal potrwa od 17 do 25 maja. Odbędzie się 12 koncertów.

Pierwszy - w zamku. Zagra Lutosławski Piano Duo, para młodych muzyków: Emilia Stawarz i Bartłomiej Wąsik. Rozpoczną utworem: Wariacje nt. Paganiniego Witolda Lutosławskiego i będzie to hołd dla polskiego kompozytora w jego jubileuszowym roku.

Uroczysta inauguracja festiwalu odbędzie się jednak dopiero 18 maja - w Filharmonii Podkarpackiej. Repertuar też nietypowy jak na początek tego festiwalu: będzie to opera. Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej i soliści oraz chór Filharmonii Krakowskiej wykonają "Traviatę" Giuseppe Verdiego. Gościnnie wystąpi świetny tenor, Philippe Do, który był gwiazdą koncertu inauguracyjnego festiwalu dwa lata temu.

Sensacją tej edycji festiwalu będzie występ słynnych sióstr Labeque, duetu fortepianowego, który od lat święci triumfy w największych salach koncertowych świata. W Polsce Katia i Mariell Labeque pojawiają się rzadko. Pianistki z brawurą podejmują się interpretacji dzieł różnych epok i gatunków muzycznych. W Łańcucie zagrają utwory Debussy'ego, Brahmsa i Ravela.

Nie zabraknie na festiwalu pięknych głosów. Gwiazdami dwóch innych koncertów będą znakomite polskie śpiewaczki: Urszula Kryger (sopran) i Magdalena Idzik (mezzosopran). Ta ostatnia wystąpi w storczykarni zaadaptowanej na salę koncertową.

Będzie też, lubiany przez wielu melomanów koncert w plenerze, przed fasadą zamku. W tym roku - nie na inaugurację, ale na uroczyste zakończenie festiwalu, 25 maja. Zabrzmi "Carmina Burana" Carla Orffa w wykonaniu Orkiestry FP, trzech chórów (ponad 100 osób): Teatru Wielkiego w Łodzi, Instytutu Muzyki UR i Chóru Artos oraz solistów: Iwony Sochy, Dariusza Pietrzykowskiego i Adama Kruszewskiego.

Smakowitą ciekawostką w programie festiwalu jest opera kameralna George'a F. Telemanna - "Pimpinone" w wykonaniu artystów Opery i Filharmonii Podlaskiej. Rzadko wykonywane dzieło mistrza baroku zabrzmi w Teatrzyku Księżnej Lubomirskiej, który mieści zaledwie 70 widzów, dlatego też będzie to najdroższy koncert festiwalu, bilet kosztuje 100 zł.

W tej edycji festiwalu znalazły się aż trzy koncerty o lżejszym charakterze, adresowane do szerszej publiczności. 19 maja w ramach tzw. koncertu wieczornego królować będzie jazz w najlepszym polskim wykonaniu. Wystąpi słynne Trio Andrzeja Jagodzińskiego, Jadwiga Kotnowska (flet), Henryk Miśkiewicz (saksofon), Grażyna Auguścik (wokal), Agnieszka Wilczyńska (wokal), Kwartet Smyczkowy Time Quartet. Wykonają muzykę filmową Krzysztofa Komedy.

Drugi koncert wieczorny odbędzie się w przyzamkowej Ujeżdżalni 20 maja. Festiwalowych purystów może zaskoczyć, że gwiazdą Muzycznego Festiwalu w Łańcucie będzie... Anita Lipnicka. Ta popowa piosenkarka wykona wspólnie z zespołem Voice Band piosenki do tekstów m.in. Juliana Tuwima, Mariana Hemara, inspirowane muzyką filmem i kabaretem lat 30. XX w. Na ostatni koncert z gatunku muzyki nieco lżejszej organizatorzy zaproszą do Filharmonii Podkarpackiej 24 maja. Będzie to trzeci już na tym festiwalu duet - Igudesman & Joo, prezentujący żarty muzyczne i skecze w wirtuozowskim wykonaniu.

O kameralnych korzeniach festiwalu przypomną dwa koncerty: Capelli Gedanensis z Konstantym Andrzejem Kulką (19 maja) i kwartetu w składzie: R. Pujanek, K. Budnik-Gałązka, R. Kwiatkowski, Ł. Długosz (22 maja).

Imprezami towarzyszącymi będą: koncert kameralny w Zamku Dzikowskim w Tarnobrzegu (11 maja) i spotkanie autorskie z Bogusławem Kaczyńskim (19 maja).

Tym, których zadziwia muzyczny pluralizm łańcuckiej imprezy, dyrektor Wierzbieniec odpowiada: - Tradycją tego festiwalu jest przedstawianie różnorodnych stylów muzycznych i technik kompozytorskich. To odpowiada publiczności, dzięki takiej różnorodności pozyskujemy nową publiczność, ale nie tracimy też starej.

Karnety na 12 koncertów są w cenie 370 zł. Trzy koncerty wieczorne są poza karnetami. Ceny poszczególnych koncertów: od 40-100 zł. Sprzedaż biletów rusza 9 kwietnia.

Koszt organizacji festiwalu organizatorzy szacują na okrągły milion. 200 tys. dotacji otrzymali od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, 500 tys. zł dał Urząd Marszałkowski, 65 tys. zł - Urząd Miasta Rzeszowa. Pozostałą kwotę Filharmonia Podkarpacka pozyskać od sponsorów.

52. Muzyczny Festiwal w Łańcucie z milionowym budżetem, portal BIZNESISTYLl.pl

 

fot. T. Poźniak

fot. T. Poźniak

 
Philippe Do, światowej sławy śpiewak ceniony za „piękno lirycznego głosu tenorowego z subtelnym mezza voce i czystość stylu”, znakomite pianistki siostry Katia i Marielle Labèque, oryginalny duet Aleksey Igudesman i Hyung-ki Joo, łączący elementy teatralne i komiczne z muzyką klasyczną i kulturą popularną to największe gwiazdy tegorocznego 52. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Ale znanych nazwisk i niespodzianek w ciągu dziewięciu festiwalowych dni melomanom nie powinno zabraknąć. Budżet imprezy wyniesie ok. 1 mln zł, zaś koncerty wyjdą spoza sali balowej łańcuckiego zamku do sali koncertowej filharmonii, do łańcuckiej storczykarni i Teatrzyku Księżnej Lubomirskiej.

Tegoroczny festiwal rozpocznie się w piątek, 17 maja koncertem Lutosławski Piano Duo, który tworzą Emilia Sitarz i Bartłomiej Wąsik, i odbędzie się nie w plenerze jak do tej pory, a w sali balowej łańcuckiego zamku. Dlaczego? Prof. Marta Wierzbieniec, dyrektor Filharmonii Podkarpackiej im. A. Malawskiego, przekornie tłumaczy, że zarówno muzyka, jak i wykonawcy nie znoszą monotonii, a poza tym z każdym dniem maja noce stają się coraz cieplejsze. Koncert w plenerze zostanie więc zaserwowany melomanom na…. zakończenie festiwalu. Będzie to nie lada wydarzenie, bowiem publiczności zaprezentuje się wtedy ok. 100-osobowy chór będący połączeniem trzech chórów (z Łodzi, Rzeszowa i Chóru Artos) pod dyrekcją Tadeusza Wojciechowskiego i ze znakomitymi solistami: Iwoną Sochą, Dariuszem Pietrzykowskim i Adamem Kruszewskim. Publiczność usłyszy w ich wykonaniu kantatę sceniczna Carla Orffa opartą na średniowiecznym zbiorze pieśni Carmina Burana.
 
Opera w filharmonii, koncert w storczykarni
 
Kolejną niespodzianką będzie uroczyste otwarcie festiwalu w sobotę, 18 maja w sali koncertowej Filharmonii Podkarpackiej. Gościnnie wystąpi wspomniany na początku  Philippe Do, usłyszymy zaś „Traviatę”. - Nieczęsto się zdarza, że w filharmonii gości opera, ale po remoncie mamy dużo większe możliwości i znacznie lepsze warunki - podkreśla prof. Marta Wierzbieniec.
 
Na tym nie koniec. Po raz pierwszy w historii imprezy jeden z koncertów odbędzie się w łańcuckiej storczykarni. 23 maja, w otoczeniu zieleni i kwitnących storczyków pieśni hiszpańskie zaśpiewa dla 300-osobowej publiczności Magdalena Idzik, solistka Teatru Wielkiego - Opery Narodowej w Warszawie, na fortepianie towarzyszyć jej będzie Robert Morawski. Dzień wcześniej w Teatrzyku Księżnej Lubomirskiej wystąpią artyści Opery i Filharmonii Podlaskiej.
 
Oprócz wielkich sław muzyki klasycznej na festiwalu pojawią się także: Anita Lipnicka i Voice Band (koncert), aktorka Olga Bończyk, dziennikarz Kuba Strzyczkowski oraz dziennikarz i prezenter Artur Orzech (słowo).
 
Tradycja i nowoczesność   
 
Choć największym atutem festiwalu jest jego ponad 50-letnia tradycja i uznanie na całym świecie, organizatorzy cały czas szukają nowych rozwiązań. - Żyjemy w XXI wieku i nie możemy zapominać o innowacjach. Prowadzimy rozmowy dotyczące transmisji lub retransmisji koncertów, mamy przecież do dyspozycji dużą ścianę i duży parking przy filharmonii - mówi Marta Wierzbieniec. Marta Gregorowicz, kierownik biura koncertowego filharmonii dodaje, że być może uda się przekazywać to, co będzie się działo np. w sali balowej za pośrednictwem telebimów umieszczonych w zespole parkowo-zamkowym. W ten sposób organizatorzy mogliby przyciągnąć na festiwal młodego widza.
 
Dyrektor Filharmonii Podkarpackiej zaznacza, że ranga łańcuckiego festiwalu doceniana jest na całym świecie. - Jeszcze się nie zdarzyło, żeby któryś z artystów był zdziwiony zaproszeniem do Łańcuta i żeby trzeba było tłumaczyć, co to za wydarzenie. Przeciwnie, większość osób przyjmuje te zaproszenia z radością. Poza tym artyści sami zgłaszają do nas chęć wzięcia udziału w festiwalu.
 

Budżet 52. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie wyniesie ok. 1 mln zł. 200 tys. zł przekazało Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, 500 tys. zł. Urząd Marszałkowski w Rzeszowie i 65 tys. zł. Urząd Miasta Rzeszowa. Reszta będzie pochodzić od sponsorów.

 

Katarzyna Grzebyk

Kryzysowy repertuar filharmonii, Gazeta Wyborcza 28 stycznia 2013

 

Mało znane nazwiska artystów, gwiazd tylko kilka znalazło się w programie filharmonii, która ogłosiła program koncertów na drugą część sezonu. Jest też dobra wiadomość - baner z tym programem nie będzie na razie zasłaniać elewacji budynku.

W tym roku po raz pierwszy Filharmonia Podkarpacka nie ogłosiła programu od razu na cały sezon. Repertuar od lutego do czerwca 2013 r. pojawił się dopiero niedawno. Wszystko przez finanse. Filharmonia jesienią nie wiedziała, czy uda się zrealizować wszystkie plany, bo nie znała wysokości dotacji, jaką otrzyma z urzędu marszałkowskiego na 2013 r.

Program mówi sam za siebie. Nie ma tam wielu nazwisk wybitnych artystów, do czego filharmonia zdążyła przyzwyczaić słuchaczy. Są: skrzypek Piotr Pławner, wiolonczelista Tomasz Strahl i zdolny, choć mało w Polsce znany Andriej Korobeinikow, wybitny rosyjski pianista i... zdolny prawnik. Pole do popisu będą mieli natomiast w tej części sezonu muzycy naszej filharmonii. Wystąpią: kwartet smyczkowy, zespół perkusyjny Mariana Rzyma, a solo flecista Rolf Bartkiewicz i fagocista Grzegorz Dudek.

 

Gaby Kulki nie zobaczymy


Mniejszą liczbę zaproszonych gwiazd filharmonia stara się rekompensować repertuarem koncertów, w którym sporo jest popularnych, lubianych przez publiczność dzieł.
Miłośników muzycznych form teatralnych ucieszy opera W.A. Mozarta "Cosi fan tutte", projekt pedagogów i studentów Wydziału Wokalnego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, a także dwa spektakle w wykonaniu dziecii młodzieży ze Studia Baletowego Laili Arifuliny: "Piotruś i wilk" i "Romeo i Julia" - oba do muzyki Sergiusza Prokofiewa.

Na Dzień Dziecka filharmonia zaprosiła bajkę muzyczną "Trzy świnki" w wykonaniu aktorów Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie.
Nie będzie natomiast koncertu Gaby Kulki, który nie odbył się jesienią i był zapowiadany na luty 2013. Niejako w zastępstwie pojawił się w programie nie mniej interesujący projekt Kuby Badacha "Tribute to Andrzej Zaucha", przywracający znakomite piosenkiZauchy w nowych opracowaniach.
Abonament na drugą część sezonu kosztuje 350 zł, ulgowy - 210 zł, pojedyncze bilety - od 10 do 60 zł.

 

Z każdym rokiem coraz mniej pieniędzy

- Czasy mamy takie, że musimy mierzyć zamiary na możliwości - dyrektor Marta Wierzbieniec wcale nie zaprzecza, że repertuar jest w wersji "na kryzys". - Program został ułożony tak, żeby zmieścił się w dotacji, jaką otrzymaliśmy od urzędu marszałkowskiego. Dotacja na rok 2013 jest niższa od ubiegłorocznej, zaś ta ubiegłoroczna była niższa od tej sprzed dwóch lat. Ubolewam nad tym. Jako jedyna filharmonia w regionie powinniśmy zapewniać słuchaczom wykonawców z najwyższej półki. Tymczasem ceny rosną. Samo utrzymanie budynku kosztuje coraz więcej. Zdajemy sobie też sprawę, że w tych czasach nie możemy podnosić cen biletów - mówi dyrektorka. - Wiemy, że publiczność oczekuje wielkich gwiazd, my mamy możliwości je do nas zaprosić. Co więcej - one same są zainteresowane występowaniem w naszej filharmonii, bo wiedzą, że będą współpracować z dobrą orkiestrą. Niestety, finanse za to nie pozwalają - dodaje. Zapewnia jednak, że wykonawcy, choć mniej znani, gwarantują wysoki poziom koncertów. - O jakość zawsze staramy się dbać - deklaruje Wierzbieniec.

Banera z nowym programem nie zamówiono

Nowy program pojawił się już w Internecie, ale nie zawisł jak dotąd na banerze, który filharmonia od kilku sezonów uparcie wiesza na fasadzie budynku. A może w ramach oszczędności placówka zrezygnuje z niego, a dzięki temu szklana mozaika, którą przez wiele miesięcy zasłaniał baner, znowu będzie zdobić filharmonię?

- Zdania co do tego baneru są podzielone. Dociera do mnie wiele sygnałów, że ta eksponowana na fasadzie filharmonii informacja przyciąga odbiorców - mówi dyrektorka.

- Informacja ta jednak jest bardzo ogólna. Na banerze widnieją wymyślone nazwy koncertów, np.: "W objęciach miłości", "W otchłani uczuć", nie ma nazwisk wykonawców - wątpię. - Okazuje się, że niektórych intrygują te nazwy na tyle, że sprawdzają w internecie, co się pod nimi kryje, a potem przychodzą na koncerty. Dla osób, które dopiero wkraczają w ten świat, mogą być magnesem - wyjaśnia Marta Wierzbieniec.

- Czy filharmonia zamówiła nowy baner na drugą połówkę sezonu? - pytam. - Bardziej jest potrzebny na początku sezonu, teraz sale mamy pełne. Nie, nie zamówiłam na razie nowego banera - informuje pani dyrektor, choć zamieszania wokół banera nie rozumie, bo przecież na całym świecie pojawiają się podobne, nawet na zabytkowych budynkach. - Poza tym baner nie jest na stałe, czasem wisi, czasem nie. Nie będę się upierała, że musi być zawsze - dodaje.


Magdalena Mach

Prawdziwe przeboje mają po 200 lat, NOWINY 18-20 stycznia 2013

Rozmowa z MARTĄ WIERZBIENIEC, dyrektorem Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie.

 

- W tym tygodniu rozpoczęła się sprzedaż karnetów na drugą część artystycznego sezonu w filharmonii. Co daje zakup abonamentu?

- Koncerty abonamentowe odbywają się w piątkowe wieczory o godz. 19.00. Tylko wyjątkowo przed Wielkanocą, koncert przełożony jest na Wielką Środę. Abonament zapewnia stałe miejsce i jest tańszy niż suma biletów na poszczególne koncerty. Cena pełnopłatnego abonamentu to 350 zł, a ulgowa - 210 zł. Zapewnia on wstęp na 14 koncertów. W programie mamy również koncerty pozaabonamentowe i szkolne oraz specjalną ofertę dla dzieci i młodzieży - w styczniu „Dziadka do orzechów”, w marcu bajkę muzyczną „Piotruś i wilk”, a w czerwcu spektakl baletowy na podstawie bajki braci Grimm - „Trzy świnki”.

 

- Już w lutym na scenie filharmonii pojawi się Bogusław Kaczyński i zaproszone przez niego gwiazdy.

- Pan Bogusław był niegdyś dyrektorem artystycznym Festiwalu w Łańcucie, organizowanego przez naszą filharmonię. Niedawno została wydana jego książka „Łańcut, moja miłość” i będzie ona promowana podczas koncertu. To „Wieczór wiedeński” i usłyszymy utwory najchętniej słuchane w czasie karnawału m.in. Johanna Straussa. Wystąpi piątka znanych solistów, a orkiestrę poprowadzi Mirosław Jacek Błaszczyk.

 

- Państwo sami zapraszacie takie sławy, jak Bogusław Kaczyński, czy to one wyrażają chęć przyjazdu do Rzeszowa?

- Program sezonu kształtujemy wspólnie. My mamy swoje pomysły, propozycje i oczekiwania, ale też każdego dnia przychodzi kilka ofert koncertowych z Polski i zagranicy. Wielu artystów bardzo chciałoby u nas wystąpić. Nie zawsze jest to możliwe w ciągu jednego sezonu, często umawiamy się z wyprzedzeniem nawet na kilka lat. To samo dotyczy festiwalu w Łańcucie.

 

 - A trudno ściągnąć do Rzeszowa takie sławy jak np. Andrei Korobeinikov, który ukończył konserwatorium w Moskwie z tytułem „Najlepszego muzyka dekady”, koncertuje na całym świecie, a w marcu wystąpi u nas z koncertem fortepianowym?

- Jeżeli odpowiednio wcześniej zaprosimy artystę, uzgodnimy termin i dysponujemy odpowiednimi finansami, to wszystko jest możliwe. Staramy się, aby oferta była urozmaicona i każdy z melomanów mógł znaleźć w u nas coś dla siebie. Proszę spojrzeć na program. W okresie Walentynek w koncercie „W objęciach miłości” wystąpi znakomita sopranistka Vatutina. Tydzień później w koncercie kameralnym posłuchamy dzieł dwóch znakomitych romantyków Chopina i Schuberta. Specjalny koncert zaplanowaliśmy także na Dzień Kobiet. 8 marca wystąpi trzech tenorów, śpiewając m.in. szlagiery Jana Kiepury. W tym roku wyraźnie zaznaczamy też repertuarem ważne, muzyczne rocznice, jak np. 100 rocznica urodzin Witolda Lutosławskiego. 22 marca usłyszymy jego koncert wiolonczelowy w wykonaniu Tomasza Strahla, natomiast w kwietniu jego utwory zagra znakomity skrzypek Piotr Pławner...

 

- ...który wygrał niegdyś konkurs im. Wieniawskiego.

- Owszem. Myślę, że ciekawy koncert będzie można usłyszeć także przed Wielkanocą. Franciszek Liszt napisał dzieło zatytułowane „Via Crucis” - Droga Krzyżowa, utwór na fortepian na cztery ręce i na chór. To też warto polecić. W tym sezonie na scenie filharmonii będzie i klasyka, i dużo muzyki z okresu romantyzmu, zwłaszcza w czerwcu i na zakończenie sezonu.

 

- Jest pani apodyktyczna przy ustalaniu programu? Upiera się przy swoich propozycjach?

- Nie. Oczywiście, mam swoją wizję i pewien nurt, który staram się od kilku lat prowadzić i rozwijać. Ale ostatecznie program jest dziełem całego zespołu osób, które nad nim pracują.

 

- W programie znalazłam zapowiedź opery komicznej Mozarta w trzech aktach -Cosi fan Tutte...

- 12 kwietnia, w wykonaniu studentów i pracowników Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Całość wyreżyserował pochodzący z Rzeszowa prof. Ryszard Cieśla. Cieszę się, że będziemy mogli także taką ofertę zaproponować naszym słuchaczom.

 

- Wspomniałam o tej operze, bo ciekawi mnie, czy częściej będziemy takie widowiska gościć na scenie filharmonii?

- W ubiegłym roku zaprezentowaliśmy zrealizowaną własnymi siłami operę Carmen, gościliśmy także balet opery lwowskiej z „Jeziorem Łabędzim” P. Czajkowskiego. W tym roku artyści ze Lwowa wystąpią z „Dziadkiem do Orzechów”, a na początku lutego będą arie z oper i operetek w czasie wieczoru z Bogusławem Kaczyńskim. W tym roku z udziałem naszej orkiestry obejrzymy wspomnianą operę komiczną Mozarta. Mam jeszcze jedną niespodziankę. Za wcześniej o niej mówić, więc zdradzę tylko, że będzie także spektakl operowy podczas Festiwalu w Łańcucie.

 

- Kto przychodzi na koncerty do filharmonii?

- Mnóstwo osób nie tylko z Rzeszowa, ale i dalszych okolic Podkarpacia. Przykładowo jest grupa melomanów w Iwoniczu Zdroju, która niebawem będzie dwusetny raz na naszym koncercie. Od 12 lat organizują wyjazdy autokarem na koncerty w Rzeszowie.

 

- Jaki jest gust podkarpackiej publiczności. Mówiła pani, że w tym sezonie usłyszymy wielu kompozytorów romantyzmu. To ulubieni twórcy muzyki podkarpacian?

- Niekoniecznie. Są też tacy, którzy z utęsknieniem czekali na Bacha i w ubiegłym roku mieli okazję usłyszeć po raz pierwszy w Rzeszowie jego Pasję wg św. Mateusza - wielkie dzieło wokalno-instrumentalne. Są osoby, które uwielbiają muzykę baroku i klasycyzmu. Są też tacy, którzy chętnie przychodzą na koncerty z udziałem wokalistów, inni uwielbiają wielkie symfonie. Staramy się, by te gusta zaspokajać.

 

- A ta trudniejsza, muzyka współczesna? Ma w Rzeszowie swoich fanów?

- Organizowany w stolicy festiwal Warszawska Jesień wskazuje, że ta muzyka również ma swojego odbiorcę, także w Rzeszowie. Zainteresowanie widzę zwłaszcza wśród młodszych słuchaczy. W tym sezonie będą więc mogli usłyszeć w naszej filharmonii kompozycje Witolda Lutosławskiego. Mogę też zdradzić, że jesienią zabrzmi muzyka Krzysztofa Pendereckiego.

 

To muzyka dla wytrawnych słuchaczy. A od czego zaczynać?

- Język muzyki podobny jest do języka obcego. Trzeba się umieć w nim poruszać, a posługiwanie się nim stanie się przyjemnością. Podobnie jest z muzyką poważną. Im więcej jej słuchamy, tym lepiej rozumiemy. Poza tym w dzisiejszym świecie, pełnym napięć, pośpiechu, muzyka jest okazją do wyciszenia i przeniesienia w świat marzeń, tęsknot i myślenia nadrealnego, nie tylko o codziennych problemach. Kontakt z muzyka dostarcza nam wewnętrznej radości, optymizmu i budzi w nas pozytywne emocje. Im więcej mamy trudności na co dzień, tym bardziej potrzebny jest nam kontakt ze sztuką.

 

- Pani ulubiony kompozytor?

- Mam mnóstwo ulubionych utworów i kompozytorów. Szczególnie do mnie przemawia muzyka Ludwiga van Beethovena. To także świetny kompozytor dla tych, którzy dopiero zaczynają słuchać muzyki poważnej. I im, i każdemu polecam także książkę Witolda Hulewicza „Przybłęda boży” o Beethovenie.

 

- Pani muzyka nie nudzi?

- Jestem nią nieustannie otoczona, ale mam ogromne ilości płyt, które wciąż czekają na przesłuchanie. Z racji funkcji i myśląc o kolejnych sezonach muszę zapoznawać się z różnymi wykonaniami i propozycjami. Ale od czasu do czasu włączam także coś dla przyjemności. Oczywiście nic nie zastąpi muzyki na żywo. Więc największą radość sprawa mi słuchanie koncertów. Muzyka klasyczna się nie nudzi. Jak mówił Janusz Cegieła, czy nie są to prawdziwe przeboje muzyczne, które przetrwały 200 lat i więcej? Bolero Ravela, V symfonia Beethovena, Cztery Pory Roku Vivaldiego. Przecież to hity.

 

- A współczesne hity z radiowych list przebojów? Słucha ich pani?

- Wszyscy słuchamy różnej muzyki. Nie tylko tej z radia, ale z otaczającego nas świata. Gra klaksonami ulica, pszczołami łąka. Nie zgadzam się, kiedy ktoś mówi, że słoń mu nadepnął na ucho. Wiele jest pięknej muzyki, którą odbieramy mimochodem, przez przypadek. Ja też jej słucham, dobrze wykonanych, z sensowym tekstem piosenek popularnych, także wśród nich można znaleźć perełki kompozytorskie.

 

Beethoven powiedział, że muzyka powinna wyciskać łzy z oczu kobiety i rozpalać ogień w sercu mężczyzny. Spotyka się pani z takimi reakcjami po koncertach?

 - Największą dla mnie radością jest widzieć na twarzach osób wychodząc z koncertu - radość, uspokojenie, jak uśmiechają się do siebie. Zdarzało się, że ktoś podszedł po koncercie i powiedział, że to była najpiękniejsza muzyka, jaką słyszał.

 

Alina Bosak

Kalendarium

Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
01 02 03 04 05 06 07
08 09 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

2011. Filharmonia Podkarpacka im. Artura Malawskiego

Powered by: CMS Edito

Realizacja: Ideo,