Tylko Chopin w Filharmonii Rzeszowskiej, Nasz Dom, marzec 2010
Anna Wiślińska
W ramach światowych obchodów 200. rocznicy urodzin Fryderyka Chopina Filharmonia Rzeszowska przygotowała cykl niezwykle różnorodnych projektów muzycznych.
Muzyka Chopina były impulsem do tworzenia nowych, oryginalnych „pejzaży" muzycznych już za życia wielkiego poety fortepianu. Do tego nurtu należą bardzo ciekawe wokalno-instrumentalne transkrypcje mazurków Chopina autorstwa śpiewaczki Pauliny Yiardot-Garcia, które wykonywała razem z Chopinem podczas pamiętnego ostatniego koncertu w Londynie, wzbudzając zachwyt ówczesnej publiczności.
W takim właśnie repertuarze wzbogaconym o pieśni Belliniego, Donizettiego oraz Chopina zaprezentowały się w ramach koncertów Filharmonii Rzeszowskiej artystki o międzynarodowej renomie - Olga i Natalia Pasiecznik. Utytułowane siostry rozpoczynały muzyczną edukację w rodzinnym Równem na Ukrainie, potem studiowały w konserwatoriach muzycznych we Lwowie i Kijowie. Olga Pasiecznik, mieszkając od wielu lat w Polsce, jest solistka Warszawskiej Opery Kameralnej, współpracuje z Orkiestrą Filharmonii Narodowej, ma także w swoim repertuarze wspaniałe role w operach Monteverdiego, Handla, Mozarta, Rossiniego, Verdiego, Pucciniego, Czajkowskiego, jak i odmienną stylistycznie lirykę okresu romantyzmu. W jej artystycznym życiorysie są również liczne nagrody na międzynarodowych konkursach wokalnych - prestiżowy Paszport „Polityki", Nagroda im. A. Hiolskiego za najlepszą role operowa, Nagroda Fryderyka za najlepsze solowe nagranie pieśni Szymanowskiego. Nagroda Orfeusz festiwalu Warszawska Jesień.
Artystka śpiewała w tak renomowanych salach koncertowych, jak Theatredes Champs-Elysees, Theatre Chatelet, czy Salle Pleyel. Nagrała ponad 40 płyt, w tym kilka ze swoją siostrą Natalią mieszkająca na stałe w Szwecji. Ceniona pianistka i kameralistka jest absolwentką studiów podyplomowych w Akademii Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie oraz Królewskiej Akademii Muzycznej w Sztokholmie. Siostry prowadzą intensywną działalność koncertową na całym świecie, a każdy ich występ budzi ogromne zainteresowanie.
Koncert w Rzeszowie raz jeszcze potwierdził światową klasę obydwu artystek. Transkrypcje mazurków Chopina śpiewane w języku francuskim, pieśni włoskiego bel canta, a także wybrane pieśni Chopina w języku polskim oczarowywały finezją wykonania zbudowaną na ogromnym wyczuciu stylu i wzajemnym zrozumieniu obu artystek. Zjawiskowy głos Olgi Pasiecznik, muzykalność i mądra interpretacja oddająca najsubtelniejszy niuans tekstu sprawiły, iż każdego kolejnego utworu słuchano z zapartym tchem. Pozostaje czekać, na kolejne występy artystów tego formatu w nowym sezonie koncertowym Filharmonii Rzeszowskiej.
W nurt koncertów chopinowskich wpisał się również koncert lżejszego autoramentu z udziałem Zbigniewa Jakubka (obchodzącego 25-lecie działalności artystycznej), gwiazdy polskie sceny jazzowej Lory Szafran oraz Bernarda Maseli, Piotra Biskupskiego, Dariusza Szymariczaka i filharmoników rzeszowskich. Różnorodne aranżacje muzyki Chopina mają jak wiadomo wieloletnią historię, warto wspomnieć popularne w latach 70. wokalne transkrypcje zespołu Novi Singers, a w ostatnich latach wysmakowane, znakomite jazzowe płyty Leszka Możdżera, Andrzeja fagodzińskiego, Włodzimierza Nahornego czy Adama Makowicza. Wersja Lory Szafran i Bernarda Maseli z poetyckimi tekstami Justyny Holm bliższa jednak była muzyce pop. Być może i takie opracowania pozwolą trafić z muzyka Chopina do nowego odbiorcy, potwierdzając uniwersalność i wielkość jego geniuszu.
• Anna WIŚLIŃSKA
Chopin oczarowuje nas już 200 lat, Nowiny 19-21 lutego 2010
Rozmowa z prof. MARTĄ WIERZBIENIEC, dyrektorem Filharmonii Rzeszowskiej
- Co cenimy we Fryderyku Chopinie: romantyczną, nastrojowe polska duszę czy perfekcję w traktowaniu instrumentu?
Muzyka Chopina fascynowała i fascynuje nadal, i trudno rozdzielić, co jest tego przyczyną. Czy owa „polska nuta", czy wirtuozowskie traktowanie instrumentu, a może inne elementy, których można by wymienić jeszcze kilkanaście. Każdy z nas powinien odpowiedzieć sobie sam, czym dla niego jest muzyka Chopina. Dlaczego jest ważna. Bo, że jest - jestem tego pewna, nawet jeśli ktoś nie mówi tego głośno tu i teraz.
Po 200 latach od narodzin kompozytora spoglądamy na niego z dystansu. Łatwiej nam oceniać jego dokonania. Należy jednak pamiętać, że Chopin ceniony był już za życia, co nieczęsto twórcom się zdarza. To rówieśnik Chopina, niemiecki kompozytor Robert Schumann, zwrócił uwagę na polskiego artystę wypowiadając znamienne słowa: „Panowie, kapelusze z głów, oto geniusz".
- Czy na pani top liście najchętniej słuchanych utworów są i te napisane przez Chopina?
Oczywiście. Muzyka Chopina ma bardzo ważne miejsce w mojej płytotece. I nie tylko tam, bo sama w wolnych chwilach gram jego utwory. Słuchanie tej muzyki nie może znużyć. Ona nie zestarzeje się nigdy. Przetrwała już prawie 200 lat i ciągle nas oczarowuje. Ciągle można ją odkrywać na nowo.
- Niektóre z jego utworów na przykład z powodzeniem mogą zmieścić się w programach rozrywkowych współczesnych telewizji...
Na wskroś romantyczna muzyka Chopina, jak każda prawdziwa i wielka twórczość, ciągle zachwyca i odkrywają ją na nowo zarówno ci, którzy dopiero wkraczają w tajniki sztuki pianistycznej, jak i wielcy artyści, wykonujący setki razy te same utwory. Bo nie ma dwóch takich samych wykonań, bo nie ma dwóch takich samych osobowości artystycznych.
A odbiór przez słuchaczy? Utwór może być słuchany przez sto osób i każda z nich usłyszy nieco inaczej. To w kontakcie z muzyką jest najcenniejsze i najbardziej tajemnicze. Myślę, że magia muzyki Chopina tkwi także w owej tajemnicy. Dla pana będzie to dzisiaj może rodzaj muzyki rozrywkowej, ja się przy niej rozmarzę, a kogoś innego zmobilizuje do działania. Jutro możemy ten sam utwór odebrać nieco inaczej.
- Jak często w repertuarze filharmonii pojawiają się utwory napisane przez genialnego Fryderyka?
Muzyka Chopina gościła i gości w naszej filharmonii. Występowało tu przecież wielu wybitnych interpretatorów dzieł Chopina. Wspomnę tylko Rafała Blechacza, Piotra Palecznego, Krzysztofa Jabłońskiego i Stanisława Drzewieckiego.
- Czy z racji Roku Chopinowskiego Filharmonia Rzeszowska przygotowuje coś specjalnego na tę okazję?
Najlepiej obrazuje to program czterdziestego dziewiątego Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Zabrzmią więc dzieła genialnego kompozytora w klasycznym wykonaniu, ale będziemy mogli też usłyszeć opracowania jazzowe utworów Chopina i improwizacje na tematy zaczerpnięte z różnych jego dzieł. Nie zabraknie wykonań obu koncertów fortepianowych i pieśni.
Obecnie pewnym ograniczeniem jest brak odpowiedniej sali i instrumentu. Mam nadzieję, że zrekompensujemy to publiczności nie tylko w czasie łańcuckiego festiwalu, ale też w wyremontowanej sali filharmonii, na nowym, odpowiedniej klasy instrumencie. Mam też nadzieję, że znajdą się pieniądze, by nasze plany mogły zostać zrealizowane.
Muzykę Chopina będziemy prezentować także za granicą; w kwietniu - w filharmonii w Miszkolcu (Węgry) z pianistą Krzysztofem Jabłońskim i w hiszpańskim Toledo (czerwiec 2010 r.) - z Ludmiłem Angelovem.
- Przypomnijmy że z Rzeszowa wywodzi się Adam Harasiewicz, laureat I nagrody V Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie w 1955 roku. Oprócz Rzeszowa tylko Zabrze i Bydgoszcz mogę poszczycić się zwycięzcami Konkursu im. Chopina
Adam Harasiewicz, Honorowy Obywatel Rzeszowa, wybitny pianista, laureat nie tylko wymienionego konkursu, ale i innych prestiżowych nagród będzie gościem naszego Festiwalu w Łańcucie. W jego wykonaniu usłyszymy oczywiście muzykę Chopina, ale myślę, że będzie to też wieczór przepełniony czarem wspomnień. Warto tu może zaznaczyć, że 50 lat temu, kiedy obchodziliśmy 150. rocznicę urodzin Chopina, to właśnie Adam Harasiewicz wykonał oba jego koncerty z orkiestrą Filharmoników Nowojorskich w siedzibie ONZ. Dyrygował wtedy Stanisław Skrowaczewski. Rzeszów ma więc swoje miejsce na mapie kulturalnej nie tylko Europy. Nasze miasto jest ważnym ośrodkiem edukacji muzycznej, a i cały region obfituje w muzyczne talenty. Może zatem Rzeszów jest nie tylko stolicą innowacji, ale też „zagłębiem talentów"?
- Może warto przygotować w filharmonii jakąś skromną ekspozycje poświęconą Harasiewiczowi?
Nie tylko warto, ale trzeba. Póki co filharmonia jest w remoncie, ale myślę, że gościnne progi Muzeum-Zamku w Łańcucie będą brzmiały i Chopinem, i Harasiewiczem.
Rozmawiał Janusz Pawlak
Rozmowa z dyrektorem Filharmonii im. A. Malawskiego, Prof. Martą Wierzbieniec, Twoja Muza Nr 1, luty-marzec 2010
Z dyrektorem Filharmonii im. A. Malawskiego, prof. Martą Wierzbieniec, rozmawia Aneta Teichman
Ponad rok temu Zarząd Województwa Podkarpackiego zaproponował pani objęcie stanowiska dyrektora Filharmonii im. Artura Malawskiego w Rzeszowie. Czy była pani przygotowana na takie wyzwanie?
Kiedy otrzymuje się taką propozycję, trudno być w stu procentach przekonanym, że jest się gotowym na jakieś wyzwanie. Dopiero wyniki naszych działań sprzyjają formułowaniu wniosków. Moje wykształcenie muzyczne jest bardzo przydatne w pełnieniu funkcji dyrektora filharmonii. Od 1999 roku kieruję działaniami Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego, zatem posiadam także pewne doświadczenie w zakresie zarządzania instytucją kulturalną. Oczywiście działaniom prowadzonym przez dyrektora filharmonii przyświecają nieco inne idee i założenia - ale mimo zauważalnych różnic pewne zasady, związane z zarządzaniem instytucją kulturalną, są podobne. Sprawdzianem są kolejne tygodnie pełnienia tej funkcji, ponieważ każdy dzień przynosi nowe wyzwania i obfituje w wydarzenia, wobec których dyrektor musi przedstawić swoje stanowisko. Każda podejmowana decyzja jest swoistym testem. Różne sprawy, których nie sposób wcześniej przewidzieć, zaskakują. Jednak lubię tę pracę, staram się wszystkim wyzwaniom wychodzić naprzeciw i odpowiednio je realizować.
Osiągnięcie pełnej integracji i dobrego porozumienia w zespole wymaga wielu lat pracy i nie zawsze jest możliwe.
Znalazłam się w tak szczęśliwym położeniu, że filharmonicy rzeszowscy, a także cały sztab pracowników administracyjnych i pracowników obsługi, z którymi przyszło mi współpracować, są bardzo zgranym zespołem, co wynika częściowo z faktu, że w tym składzie współdziałają ze sobą od lat. Dobre porozumienie jest warunkiem, aby iść naprzód i się rozwijać. Stawiamy sobie nowe cele, bo zmienia się świat, zmieniają się oczekiwania publiczności, dlatego inny jest też styl prowadzonych przez nas działań: bardziej dynamiczny i ekspansywny, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
Czy jest pani zwolenniczką zmian w trybie rewolucyjnym czy ewolucyjnym?
Jestem zwolenniczką zmian dokonujących się drogą ewolucji. Wielki przewrót, „złote" plany, mają w sobie coś powierzchownego, wynikają raczej z analizy teoretycznej popartej entuzjazmem, nie zaś z dogłębnego poznania otaczającej rzeczywistości. A ja właśnie na to stawiam, na solidność i znajomość materii, z którą się będzie miało do czynienia. Trudno zmieniać coś, czego jeszcze się nie poznało. Znamy przecież przykłady słomianego zapału, który zazwyczaj wypala się po kilku miesiącach, po czym następuje długotrwała stagnacja, bo nagle okazuje się, że realizacja wszystkich obietnic jest bardzo trudna. Współczesność to mozaika trudności i udogodnień. Z jednej strony borykamy się z problemami natury finansowej, a to dotyczy większości instytucji kulturalnych, z drugiej strony funkcjonowanie ułatwia nam na przykład internet czy telefon komórkowy. Bardzo istotne jest, żeby zauważać pozytywne elementy i sprzyjające okoliczności zamiast ciągłego koncentrowania się na problemach, bo to powoduje, że coraz trudniej być optymistą.
Przeprowadzany remont głównego budynku filharmonii jest jednym z ważniejszych projektów. Jakich elementów dotyczy ta modernizacja?
To jest wielka inwestycja, a nie zwyczajny remont. W zakres prowadzonych prac wchodzi gruntowna przebudowa i generalna modernizacja. Kształt budynku nie ulegnie zmianie, większość prowadzonych prac odbywa się wewnątrz budynku. Obok gmachu głównego zostanie wybudowany osobny, mniejszy budynek, gdzie będą się znajdowały urządzenia techniczne. Wszystko zostało zaplanowane tak, aby w gmachu głównym było jak najwięcej pomieszczeń, które służyłyby do pracy muzykom. Chcemy, aby zaplecze, z którego korzystają artyści, było nowoczesne i komfortowe. Działania, o których tu mowa, odbywają się w ramach programu operacyjnego województwa podkarpackiego na lata 2007-2013. Dzięki staraniom zarządu województwa będzie także najprawdopodobniej przebudowany parking przed filharmonią. Mówię w tej chwili „najprawdopodobniej”, ponieważ ten projekt jest obecnie w ostatniej fazie dyskusji i nie został jeszcze ostatecznie zatwierdzony. Jest jednak taki zamiar, aby na placu przed filharmonią zrobić nowoczesny parking dwupoziomowy, który z pewnością sprostałby oczekiwaniom licznie przybywających na koncerty mieszkańców województwa.
Remont czterdziestoletniego gmachu Filharmonii był potrzebny. Wielka sala koncertowa należy do najlepszych w Polsce, niektórzy nawet uważają, że jest, pod względem możliwości akustycznych, najlepszą salą filharmoniczną w kraju. Jakie kroki zostały podjęte, aby szczególną troską otoczyć salę koncertową, tak aby po remoncie nie zyskała jedynie walorów estetycznych?
Walory brzmieniowe wielkiej sali koncertowej Filharmonii Rzeszowskiej są bardzo wysoko oceniane przez wybitnych artystów, którzy, występując w największych salach koncertowych świata, mają najlepsze porównanie. Jesteśmy świadomi posiadania tej „perły", postaraliśmy się zatem o wysokiej klasy fachowców, którzy czuwają nad utrzymaniem znakomitej akustyki tej sali. Spotkałam się z opiniami wyrażającymi pewną niechęć do przeprowadzenia remontu sali koncertowej, nie mam wątpliwości, że podyktowane są głównie obawą o przyszły kształt sali. Jednak mimo uwzględnienia wszystkich towarzyszących temu przedsięwzięciu niepokojów i obaw, remont był konieczny nie tylko ze względu na estetykę, ale przede wszystkim na obowiązujące przepisy przeciwpożarowe. Staramy się przewidywać i wyprzedzić wszelkie możliwe uchybienia i zapobiec im, dlatego zleciliśmy przeprowadzenie szczegółowych pomiarów przed remontem i w jego trakcie. Do tej transformacji podchodzimy z wielką ostrożnością, z jaką traktuje się wszystko, co jest cenne.
Jakie zmiany zostaną wprowadzone? Czy estrada zyska walory sceny teatralnej z zapadniami, reflektorami, kurtyną, kanałem dla orkiestry? Tego rodzaju rewitalizacja i przebudowa pozwoliłaby na realizację także spektakli muzycznych.
Filharmonia przede wszystkim ma służyć organizacji koncertów symfonicznych i taka idea przyświeca przeprowadzanemu remontowi. Jednak w regionie nie ma teatru muzycznego, nie mamy opery czy operetki. W Rzeszowie nie ma drugiej sali rozmiarem i walorami zbliżonej do sali filharmonicznej, w której mogłaby zmieścić wielka orkiestra symfoniczna i być alternatywą czy „bliźniaczą", salą filharmonii. Jest to pewne znaczące utrudnienie w sytuacji, kiedy chciałoby się poszerzyć i zróżnicować ofertę koncertową, ponieważ niedostatki natury technicznej stoją na drodze do realizacji spektakularnych działań, które w bardziej sprzyjających okolicznościach byłyby możliwe do przeprowadzenia. W odpowiedzi na zapotrzebowanie społeczne chcemy, korzystając z prowadzonego remontu
Plan stworzenia „uniwersalnej" estrady powoduje, że również inne będą nadzieje związane z remontowanym obiektem filharmonicznym?
Nie ulegamy złudzeniu, że dzięki stworzeniu nowoczesnej i częściowo uniwersalnej sceny koncertowej uda się zastąpić instytucje takie jak teatr czy opera, chcemy jedynie dać szansę, aby zaistniała bardziej rozbudowana oferta muzyczna. Chciałabym, aby filharmonia stała się miejscem często odwiedzanym, a żeby tak się stało, musi coś przyciągać publiczność. Koncerty symfoniczne odbywają się w piątki, jeśli istnieje potrzeba, są powtarzane, ale w inne dni tygodnia mogłyby na stałe wejść do planów artystycznych koncerty kameralne, przedstawienia quasi-operowe czy estradowe wersje oper i musicali.
A gdyby zagęścić kalendarz koncertowy filharmonii i wprowadzić na stałe „kameralne wtorki", „operowe czwartki", „piątkowe koncerty symfoniczne" i „poranki niedzielne", to czy znajdą się odbiorcy tak szerokiej oferty muzycznej?
Publiczność na Podkarpaciu jest przyzwyczajona do działań koncertowych i do różnorodnej
oferty muzycznej. Aby się o tym przekonać, wystarczy zrobić przegląd wydarzeń kulturalnych odbywających się na terenie regionu. W większości są to imprezy cykliczne, organizowane nie tylko w Rzeszowie i nie tylko pilotowane przez Filharmonię Rzeszowską, jak na przykład festiwal łańcucki, który przyciąga różnorodną i szeroką publiczność, ale i koncerty odbywające się regularnie w innych miastach. Ciekawa oferta muzyczna przyciągnie do filharmonii słuchaczy spoza Rzeszowa. Mało tego, jesteśmy w stanie dotrzeć do osób, które bywają w filharmonii jedynie raz w roku i pozyskać ich na stałe, włączając do grona stałych bywalców i miłośników muzyki.
Różnorodna, dostosowana do wymagań odbiorcy oferta koncertowa, poparta plejadą nazwisk wybitnych artystów czy to jest możliwe do urzeczywistnienia?
Nasze plany i pomysły wynikają z wnikliwej analizy zapotrzebowania w regionie. Pewną konkurencją są współczesne osiągnięcia techniczne, takie jak internet czy ptyta CD. Mogłoby się wydawać, że jest to konkurencja nie do pokonania. Jednak mimo udogodnień, dzięki którym, nie wychodząc z domu, możemy posłuchać najlepszych wykonań orkiestrowych, poznać interpretacje najwybitniejszych artystów, pogłębiać wiedzę o dziełach muzycznych, chcemy przyjść do sali koncertowej, ponieważ nadal jesteśmy zgodni co do tego, że najcenniejsze jest obcowanie z „żywą" muzyką. Takie obcowanie zapewnia najgłębsze wzruszenia i prawdziwe przeżycia. Udogodnienia techniczne, o których tu wspomniałam, powodują, że poprzeczka ustawiona instytucjom kulturalnym znajduje się wyżej niż zaledwie kilka lat temu i dlatego musimy być konkurencyjni, dynamiczni i atrakcyjni dla słuchacza. Nacisk kładę właśnie na te cechy i różnorodność repertuarową: w programie koncertowym nie może być wyłącznie muzyka symfoniczna, ale także, na przykład, jazz.
W większych ośrodkach na tak różnorodną ofertę muzyczną składają się propozycje kilku instytucji kultury. Jeśli filharmonia sprostałaby temu zadaniu, to z pewnością byłoby to duże osiągnięcie.
Chcę wychodzić do ludzi, a nie zasklepiać się w mało już aktualnych wzorcach. Jednakże nie zamierzam konkurować z żadną z działających w innych miastach instytucji o podobnym profilu, ponieważ każde województwo, każdy region ma swoją specyfikę i każdy dyrektor filharmonii wie, jakie ma zapotrzebowanie w miejscu, w którym działa. Zamierzam wzorować się na modelu działalności filharmonii, które mają przebogatą tradycję, utarte zwyczaje i stały krąg zwolenników. Przyglądanie się działalności tych większych instytucji jest pożyteczne, powinny one „promieniować" na te instytucje kulturotwórcze, które są młodsze i działają w mniejszych ośrodkach.
W ramach dotychczasowej działalności filharmonii odbywał się Konkurs Kompozytorski im. Artura Malawskiego. Czy ta inicjatywa będzie kontynuowana?
Idea tego konkursu będzie podtrzymana, ale konkurs nie będzie odbywał się rokrocznie. Doszliśmy do wniosku, że powinien zaistnieć większy odstęp czasowy pomiędzy kolejnymi edycjami. Ze względu na prowadzony remont borykamy się z wieloma niedogodnościami i dlatego w tym roku konkurs się nie odbędzie, ale po remoncie wrócimy do tego projektu. Są też w przygotowaniu inne pomysły, które, mam nadzieję, zyskają charakter cykliczny.
A jakie będą losy oferty muzycznej dla najmłodszej publiczności, z której filharmonia słynie nie tylko w regionie?
Działania filharmonii skierowane w stronę najmłodszych odbiorców wyrażają się przede wszystkim w organizacji audycji muzycznych, z którymi jeździmy do szkół w całym regionie. Zapotrzebowanie na taką działalność jest ogromne, o wiele większe niż jesteśmy w stanie zapewnić, wziąwszy pod uwagę liczbę pracowników czy możliwości transportowe; konieczne jest, abyśmy mogli docierać do większej liczby szkół. Pragnę rozszerzać te działania, ponieważ uważam, że docieranie z muzyką do najmłodszego słuchacza jest jednym z główniejszych kierunków działań filharmonii. Nawyk słuchania muzyki powinno się nabywać już w bardzo wczesnym wieku. Jest to misja filharmonii: dotarcie do najmłodszego słuchacza. Raz w miesiącu odbywają się koncerty szkolne, a to jest stanowczo za mało. Program tych koncertów jest powtórzeniem albo częściowo zaczerpnięty jest z programu koncertów piątkowych. Uważam jednak, że propozycja koncertowa dla młodszych słuchaczy powinna być bardziej zróżnicowana. Intensywne jest zainteresowanie koncertami okolicznościowymi organizowanymi dla dzieci i młodzieży, na przykład z okazji Dnia Dziecka czy Dnia Świętego Mikołaja. Bajka muzyczna „Królewna Śnieżka i Siedmiu Krasnoludków" była powtarzana aż sześć razy, podobnie jak „Przygody Wojaka Szwejka".
W działalność Filharmonii Artura Malawskiego w Rzeszowie jest wpisany i ceniony znany Muzyczny Festiwal w Łańcucie. Czy może pani zdradzić, kogo w tym roku usłyszymy w sali balowej łańcuckiego zamku?
Festiwal rozpocznie się 22 maja 2010 roku i potrwaj cały tydzień. Przygotowujemy trzynaście koncertów. Będzie to oferta drobiazgowo przemyślana. Program koncertowy przypomina wachlarz złożony z rozmaitych barw, nastrojów i brzmień. W tej mozaice każdy znajdzie coś dla siebie. Festiwal już w swoich początkach, funkcjonując pod nazwą Dni Muzyki Kameralnej, charakteryzował się programem, w którym znajdowały się przykłady różnych stylów i gatunków muzycznych, proponowane były kompozycje wielu epok. Z czasem zakres programowy stopniowo poszerzał się i w ramach festiwalu wykonywano wielkie dzieła, takie jak „Requiem" Verdiego czy „Carmina Burana" Orffa. Pragnę podtrzymywać ten kierunek funkcjonowania festiwalu, ponieważ różne są upodobania słuchaczy - niech ten festiwal będzie muzycznym świętem dla każdego. Festiwal zaczniemy koncertem plenerowym, jest to pomysł, który został urzeczywistniony w minionym roku i spotkał się z wielkim entuzjazmem, dlatego chcemy to kontynuować. Koncert poprowadzi Bogusław Kaczyński. Podczas dni festiwalowych wystąpią znakomici artyści, między innymi Leszek Możdzer, Waldemar Malicki, Krzysztof Jakowicz, Barbara Hendricks. Chcemy także zaakcentować Rok Chopinowski, więc w programie będzie muzyka Chopina w różnych odsłonach.
Jakie są pani przemyślenia po roku piastowania stanowiska dyrektora naczelnego filharmonii?
Życzyłabym sobie, aby więcej miejsca poświęcano muzyce w gazetach codziennych, tygodnikach czy dwutygodnikach. Oczywiście o muzyce pisze się w „branżowych" periodykach, które wszyscy wnikliwie i chętnie czytamy, ale obecność muzyki jest zjawiskiem równouprawnionym z innymi formami życia społecznego człowieka i tak powinno się jej obecność traktować. Ktoś kiedyś powiedział, że wspaniałe to będą czasy, o ile w ogóle nadejdą, kiedy muzyce poświęci się tyle uwagi, ile poświęca się na przykład wydarzeniom sportowym. Chciałabym także, aby dostrzegano wielkie wartości z obcowania z muzyką, a przede wszystkim włączano elementy wychowania muzycznego na wczesnych etapach edukacji dzieci. Jest to jedna z najszczytniejszych idei, bo kontakt dziecka z muzyką nie tylko wpływa na nabycie wiedzy muzycznej, ale kształtuje i rozwija zdolności intelektualne, które procentują w dorosłym życiu, bez względu na dalszy kierunek aktywności zawodowej człowieka.
Wiedeńska tradycja w stolicy Podkarpacia, Twoja Muza Nr 1 luty-marzec 2010
Aneta Teichman
WIEDEŃSKA TRADYCJA W STOLICY PODKARPACIA
Filharmonia im. Artura Malawskiego w Rzeszowie od wielu lat podtrzymuje dobrą tradycję koncertów sylwestrowych. Cieszą się one wielką popularnością, a bilety znikają z kasy długo przed terminem.
Tym razem odbyły się aż trzy koncerty: dwa w sylwestrowy wieczór, a trzeci następnego dnia. Zgodnie „wiedeńską” tradycją mieszkańcy Podkarpacia witali Nowy Rok w towarzystwie wyborowej muzyki. W programie znalazły się najpiękniejsze fragmenty operetek E. Kalmana, F. Lehara, P. Abrahama oraz polki i walce J. Straussa. Wystąpiła Orkiestra Symfoniczna Filharmonii im. A. Malawskiego w Rzeszowie pod dyrekcją Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego oraz soliści: Naira Ayvazyan i Iwo Orłowski.
Armeńsko-polski duet wokalny
Naira Ayvazyan urodziła się i wychowywała w Armenii, tam też stawiała pierwsze muzyczne kroki. Ukończyła młodzieżowe studium aktorskie i szkołę tańca ludowego oraz wydała tomik wierszy. Jest absolwentką Akademii Muzycznej w Katowicach. Od 9 lat współpracuje z Gliwickim Teatrem Muzycznym, specjalizuje się repertuarze operowo-operetkowym. Popis maestrii dała podczas koncertów sylwestrowych. Jej znakomite umiejętności wokalne i wspaniała prezencja sceniczna, wywarty wielkie wrażenie na słuchaczach.
Partnerem scenicznym sopranistki byt Iwo Orłowski, solista Teatru Muzycznego w Łodzi. Tenor występował w spektaklach i koncertach w wielu krajach Europy. Zgodnie ze swoją życiową maksymą, nieustannie rozwija umiejętności, uczestnicząc w mistrzowskich kursach wokalnych. Podczas koncertów w rzeszowskiej filharmonii wystąpił w podwójnej roli: solisty i konferansjera. Znakomicie czuł się w obu tych rolach, a jego elokwencja i zręczny dowcip powodowały, że koncert przebiegał w miłej atmosferze.
Muzyczne fajerwerki w sylwestrową noc
Wykonawcy stopniowali ekspresję: każdy kolejny utwór byt coraz większym artystycznym fajerwerkiem. Muzyczny show rozpoczęta l Suita z opery Carmen byt to niezwykle celny pomysł. Lekki nastrój Bizetowskich fraz wprowadził zgromadzoną publiczność w niecodzienną atmosferę sylwestrowej nocy. W kolejnych minutach usłyszeliśmy arie solowe i duety z operetek Kalmana, Lehara oraz utwory instrumentalne, w których popis dali filharmonicy rzeszowscy pod dyrekcją Marcina Natęcz-Niesiołowskiego. Ten młody polski dyrygent należy do najwybitniejszych muzyków swojego pokolenia. Z sukcesem interpretuje dzieła J. S. Bacha, L. van Beethovena czy P. Czajkowskiego. Cztery lata temu poprowadził „Jutrznię" Krzysztofa Pendereckiego w Smolnym Soborze w Sankt Petersburgu. Podczas koncertu sylwestrowego w Rzeszowie interpretował natomiast walce, polki i marsze Straussa, a czynił to z wielkim wyczuciem i lekkością. Pod jego batutą Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Rzeszowskiej brzmiała wspaniale. Jest to zespół, który cieszy się bardzo dobrą opinią wśród polskich i zagranicznych dyrygentów. Dowodem tego są liczne zaproszenia rzeszowskich artystów na najbardziej renomowane festiwale muzyczne, m.in. Vratislavia Cantans czy Festiwal Kultury Europejskiej w Krakowie. W lutym 2009 roku Orkiestra Symfoniczna Filharmonii im. A. Malawskiego w Rzeszowie, pod dyrekcją Tomasza Chmiela i z udziałem solisty Marcina Wolaka, dokonała nagrania płyty „Polskie pieśni patriotyczne". W najbliższych planach znajdują się zarówno zagraniczne wyjazdy koncertowe orkiestry, jak również współpraca z węgierską Filharmonią w Miszkolcu.
W sylwestrowy i noworoczny wieczór wszyscy zgromadzeni w gmachu Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego chcieli posłuchać świetnej muzyki w dobrym wykonaniu. Artyści trafili w gust publiczności i zaprezentowali najwspanialsze „klejnoty”, jakie znaleźć można w repertuarze operetkowym i koncertowym. Rozentuzjazmowana publiczność nie dawała zejść ze sceny artystom, domagając się bisów. Koncert zakończył tradycyjnie Marsz Radetzkiego.
Nasz Dom Rzeszów nr 6(44) czerwiec 2009 r.
GENIUS LOCI
W Łańcucie po raz 48. muzycznie i międzynarodowo
48. Muzyczny Festiwal w Łańcucie, po raz pierwszy pod nową dyrekcją Marty Wierzbieniec - dyrektora naczelnego Filharmonii Rzeszowskiej, okazał się interesującym wydarzeniem artystycznym o bardzo różnorodnej formule repertuarowej.
Było coś dla miłośników opery, recital fortepianowy jednego z najwybitniejszych polskich pianistów Adama Wodnickiego, symfonika oraz muzyka kameralna na najwyższym europejskim poziomie przywołująca najlepsze tradycje dawnych Dni Muzyki Kameralnej, które legły u podstaw łańcuckiego festiwalu.
A wszystko rozpoczęło się uroczystą galą operową - pierwszym w historii festiwalu koncertem plenerowym w przepięknej scenerii łańcuckiego parku. Podświetlane lampiony, kołyszące się delikatnie, jakby w takt muzyki, zjawiskowe drzewa okalające scenę, oszałamiający wprost zapach wiosny, zespoliły się w ten jeden wieczór w niepowtarzalną harmonię barw i dźwięków wzbogacając muzyczne doznania słuchaczy. Zainteresowanie koncertem przeszło wszelkie oczekiwania -najpiękniejszych arii i duetów z oper Verdiego, Pucciniego, Bizeta i Leoncavalla słuchało blisko 4000 melomanów!
Finezją wykonania zachwycił szwajcarski Kwartet Merel, polski kwartet smyczkowy Camerata (obchodzący 25-lecie swego istnienia) oraz wspaniałe orkiestry: Akademia Beethovenowska - z którą koncertował rewelacyjny flecista Łukasz Długosz - i Spirit of Europe, zespół o międzynarodowej obsadzie, który poprowadził Jan Stanienda. Ten znakomity skrzypek potrafił z prawdziwego „przeboju" muzyki poważnej - Czterech pór roku Antonio Vivaldiego wydobyć mnóstwo fascynujących detali, dzięki czemu utwór nabrał blasku i świeżości, a słuchało się go znakomicie. Podczas tego samego wieczoru festiwalowa publiczność miała również okazję oklaskiwać syna Jana Staniendy - Krzysztofa, który wykonując Koncert fortepianowy J. Haydna zachwycił perfekcją techniczną i młodzieńczą wrażliwością.
Młodość, pasja i talent były myślą przewodnią koncertu zatytułowanego „Maratony młodych talentów". Usłyszeć można było uznanych solistów, m.in. Annę Marię Staśkiewicz, Adama Czermaka i Katarzynę Budnik- Gałązkę, którzy po brawurowych solowych prezentacjach zasiedli na zakończenie do wspólnego wykonania słynnego 24. Kaprysu N. Paganiniego.
Była też nie lada gratka dla miłośników jazzu - w sali balowej łańcuckiego zaniku pojawił się jeden z najwybitniejszych muzyków jazzowych - Zbigniew Namysłowski. Artysta wystąpił z młodym, ale obiecującym już zespołem MainStreet Quartet - zdobywcą tegorocznej Grand Prix 11. Zadymki Jazzowej w Bielsku-Białej. W programie znalazły się m.in. utwory ze znakomitej płyty Assymetry Zbigniewa Namysłowskiego.
Na przekór powadze dostojnych sal koncertowych pojawiła się w sali balowej Grupa MoCarta oraz towarzyszące zespołowi: Katarzyna Zielińska i Katarzyna Jamróz. Artyści stworzyli niezapomniany spektakl kabaretowo-muzyczny, który barwnie okraszony został słowem Artura Andrusa.
Do ostatniego miejsca wyprzedane zostały bilety na „Wieczór z muzyką filmową", a to za sprawą szwajcarskiego zespołu I Salonisti znanego z filmu Jamesa Camerona Titanic. Od czterech lat pierwszym skrzypkiem zespołu jest znakomity wirtuoz, zwycięzca X Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. H. Wieniawskiego w Poznaniu - Piotr Pławner.
- Jak to się stało, że Pańskie drogi spotkały się z I Salonisti? - zapytałam Piotra Pławnera.
Mieszkam teraz na stałe w Szwajcarii, i tam też zetknąłem się z zespołem, który istnieje już od 28 lat. Szukano po prostu bardzo dobrego pierwszego skrzypka, no i postanowiłem spróbować. Byłem nowicjuszem, jeśli chodzi o ten rodzaj muzyki. Jest to dla mnie ogromne urozmaicenie, bo głównie gram muzykę klasyczną. Monotonność jest dużym niebezpieczeństwem dla muzyka. Moim marzeniem było grać muzykę jazzową, jest w niej bowiem coś świeżego i ciekawego. To odskocznia od tego, co gram na co dzień.
- Mimo, że zespól nazywa się I Salonisti, to nie ma w swoim repertuarze muzyki salonowej.
No właśnie, tak trochę przekornie. Salonowa muzyka absolutnie nie gości w naszym repertuarze. Zespół gra przede wszystkim muzykę filmową, są też projekty jazzowe i tanga argentyńskie.
- Każdy z projektów zespołu ma jakiś temat przewodni...
Tak. feden z ostatnich naszych tematów to „Dunaj" - gramy muzykę kompozytorów, którzy komponowali w pobliżu Dunaju; zaczynamy od muzyki niemieckiej Richarda Straussa, potem Wiedeń, a więc utwory Jo-hanna Straussa, a kończymy na muzyce bał-
kańskiej i tu po raz pierwszy zetknąłem się z elementami muzyki klezmerskiej. Są też projekty dla dzieci, gdzie np. do muzyki Fran-cisa Poulenca opowiadane są bajki.
- Nie po raz pierwszy jest Pan gościem festiwalu w Łańcucie...
Tak, to jedyny taki festiwal w Polsce, który łączy muzykę klasyczną z innymi rodzajami muzyki. Takiej publiczności jak w Łańcucie nigdzie się nie spotyka. Wspaniałe wnętrza łańcuckiego zamku, wspaniała atmosfera i znakomita organizacja Festiwalu, godne są podkreślenia. Poczułem się tutaj, jak w innym świecie, świecie „wczorajszym", i mówię to w sensie bardzo pozytywnym!
Słowa uznania dla poziomu artystycznego i organizacji tej edycji Festiwalu padały również z ust Zbigniewa Pawlickiego, Stefana M
üncha oraz Józefa Kańskiego, uznanych krytyków muzycznych i muzykologów, którzy od lat są wiernymi uczestnikami łańcuckiego festiwalu. „Łańcut ma coś - zauważył Józef Kański - co już dawno nazwałem Genius loci, to znaczy pewną swoistą atmosferę i klimat, dzięki któremu muzyka wykonywana tutaj znacznie silniej oddziałuje na słuchaczy. To jedno z niewielu takich miejsc nie tylko w Polsce, ale także w Europie".
• Anna WIŚLIŃSKA
Trybuna, 5 czerwca 2009
Łańcucki strzał w dziesiątkę
Był to pomysł niecodzienny i niezmiernie ryzykowny, ale sprawdził się jak rzadko. Oto sprawująca od jesieni ub. roku funkcję dyrektora rzeszowskiej Filharmonii im. Artura Malawskiego p. Marta Wierzbieniec postanowiła odważnie zainaugurować kolejny 48. Muzyczny Festiwal w Łańcucie (której to pięknej imprezy Filharmonia Rzeszowska od początku jest gospodarzem i głównym organizatorem)... wielkim plenerowym koncertem muzyki operowej. Wykorzystano do tego celu rozległą przestrzeń w parku otaczającym wspaniały zabytkowy zamek, zbudowano potężną krytą estradę i ustawiono przed nią dwa tysiące(!) krzeseł; artystyczny szef filharmonii, ceniony bułgarski dyrygent Wladimir Kiradżijew zaprosił do współudziału Chór Instytutu Muzyki rzeszowskiego uniwersytetu oraz trójkę znakomitych śpiewaków z Francji oraz Estonii i czekano w napięciu, co z tego wszystkiego wyniknie. Mogla przecież spłatać brzydkiego figla wyjątkowo kapryśna tej wiosny aura; mogła też zawieść publiczność, której szersze warstwy stronią podobno od tzw. muzyki poważnej. A tymczasem... A tymczasem pogoda dopisała pięknie i pierwsze krople deszczu spadły dopiero po ostatnich akordach wieńczącego cały wieczór -już na bis - słynnego Toastu z „Travia-ty" Verdiego. Publiczności zaś przybyło dwukrotnie więcej niż oczekiwano, tj. blisko 4000 osób żywo oklaskujących świetne zaiste wykonania popularnych arii i zespołowych scen z oper Verdiego, Leonca-valla, Pucciniego i Bizeta Jak to więc jest naprawdę z tą rzekomą niechęcią Polaków do „muzyki poważnej"? „Nie ma muzyki "poważnej* - powiada dyr. Wierzbieniec - jest natomiast muzyka ważna i ewentualnie nieważna, czyli bezwartościowa, a tę ważną trzeba po prostu podawać w sposób strawny - co oznacza umiejętny dobór repertuaru - no i dbając troskliwie o wysoki poziom jej wykonania, a wtedy powodzenie będzie gwarantowane". Że zaś ta teoria wyśmienicie sprawdza się w praktyce, pokazał wyraziście ów inauguracyjny festiwalowy wieczór i szkoda doprawdy, że transmitowała go (i to tylko w połowie) jedynie lokalna telewizja; zasługiwał bowiem z pewnością na przekaz w programie ogólnopolskim. Tylko że na tym już najwyraźniej nikomu z decydentów nie zależało... Nie mniej atrakcyjny okazał się i dalszy przebieg tegorocznego łańcuckiego festiwalu nawiązujący już bliżej do pierwotnej idei Dni Muzyki Kameralnej (tak się bowiem ongiś ta impreza nazywała) i rozgrywający się - poza jednym tylko wieczorem - w bardziej kameralnym wnętrzu przepięknej sali balowej prastarego zamku Lubomirskich i Potockich. Upamiętniły się tu zwłaszcza wspaniały występ szwajcarskiego Kwartetu Merel - dziś z pewnością jednego z najlepszych tego rodzaju zespołów w Europie - z dziełami Haydna i Beethovena, jak też słynne „Cztery pory roku" Antonio Vivaldiego brawurowo zagrane przez Jana Staniendę z austriacką kameralną orkiestrą Spirite of Europę, ciekawy recital działającego głównie za oceanem pianisty Adama Wodnickiego, błyszczącego efektownie w młodzieńczym Rondzie Es-dur Chopina i w barwnych utworach Franciszka Liszta, oraz wypełniony armeńską i rosyjską muzyką symfoniczną koncert Filharmonii Rzeszowskiej pod dynamiczną batutą Wladimira Kiradżijewa z udziałem świetnego białoruskiego trębacza Igora Cecocho (z dawna już osiadłego w Polsce) i utalentowanego bułgarskiego pianisty Ludmiła Angełowa jako solistów. Warto też zauważyć, że pamiętano, jak należy, o zachowaniu dobrych proporcji pomiędzy muzyczną klasyką i lżejszym nurtem tej sztuki; nie zabrakło tedy jazzowego koncertu Kwartetu Mainstreet ze znakomitym ciągle, sławnym saksofonistą Zbigniewem Namyslowskim, ani całkiem już rozrywkowego nocnego występu popularnej Grupy MoCarta. A kierownictwo Filharmonii Rzeszowskiej zapowiada większe jeszcze i liczniejsze atrakcje na niedaleki już złoty jubileusz łańcuckich festiwali - o ile tylko nie zawiodą sponsorzy, od których tak wiele w tej dziedzinie obecnie zależy...
JÓZEF KAŃSKI
Nasz Dom Rzeszów nr 2(40) luty 2009 r.
DUCH EUROPY Przed 48. Muzycznym Festiwalem w Łańcucie
Na około trzy miesiące przed festiwalem (24 - 31 maja) dyrektor naczelna Filharmonii Rzeszowskiej prof. Marta Wierzbieniec opisała zachęcająco na konferencji prasowej atrakcje tegorocznej imprezy. Festiwal będzie w miesiącu, w którym mija 5 lat od naszego wstąpienia do Unii Europejskiej. - Ten duch Europy, łączący narody i pokolenia, będzie obecny na festiwalu - podkreślała prof. Marta Wierzbieniec i przekonywała, że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, jak to określał Jerzy Waldorff, ale także je kształtuje. - Chcemy pokazać różnorodność i rozległość muzyki, taki jest cel festiwalu - stwierdziła pani dyrektor. A będzie to możliwe za sprawą ponad 300 artystów, którzy z 10 krajów zawitają w maju do Łańcuta i Rzeszowa (bo koncert 29 maja odbędzie się właśnie w naszym mieście z udziałem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Rzeszowskiej). Cały festiwal rozpocznie się też mocnym akcentem rzeszowskim w parku zamkowym w Łańcucie, gdzie na łąkowych przestrzeniach ponad 2 tysiące widzów będzie mogło wysłuchać 24 maja inaugurującego koncertu, który poprowadzi szef artystyczny naszej filharmonii Vladimir Kiradjiev, wystąpią sławni artyści europejscy w ariach i duetach Verdiego, Pucciniego i Bizeta, a towarzyszyć im będzie Orkiestra Filharmonii Rzeszowskiej i Chór Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Na zakończenie zaś festiwalu zabrzmi m.in. Symfonia nr 44 f-moll „La Passione" Josepha Haydna, równo w 200. rocznice śmierci kompozytora, a orkiestrę Akademii Beethovenowskiej poprowadzi dyrygent rodem z Krosna Paweł Przytocki. Wystąpi znakomity flecista wirtuoz Łukasz Długosz. Melomani spotkają się w tym roku podczas recitalu ze sławnym pianistą Adamem Wodnickim, koncertować będą kameraliści m.in. z Austrii (Spirit of Europę) i Szwajcarii (I Salsonisti), zagra szwajcarski kwartet Merel i polski Camerata, odbędzie się maraton młodych talentów, podczas którego młodym artystom towarzyszyć będą Stanisław i Jarosław Drzewieccy, a gościem specjalnym tego koncertu będzie Tatiana Szebanowa. Poza karnetowym zestawem propozycji festiwalowych są m.in.: koncert jazzowy z udziałem Zbigniewa Namysłowskiego, a także występ Grupy Mo Carta w programie pt. Przyjaciółki, czyli jak zrobić recital, który poprowadzi Artur Andrus. Bilety (od 30- 60 zł pojedyncze) i karnety na 8 koncertów (350 zł) będą rozprowadzane od połowy kwietnia, ale Biuro Koncertowe Filharmonii Rzeszowskiej, którym kieruje Marta Gregorowicz, już przyjmuje rezerwacje. Szczegóły dotyczące festiwalu na stronie www.filharmonia.rzeszow.pl
• Ryszard ZATORSKI
Ewa Strusińska
www.polishnews.com, 24 stycznia 2009
EWA STRUSIŃSKA - DYRYGENT
Kobieta - dyrygent, jak się Pani czuje w tym „męskim świecie”? To rzeczywiście męski świat, ale zmienia się bardzo wiele na tym polu. Jestem przekonana, że za dwadzieścia lat nikt nie będzie zadawał takiego pytania, i to będzie znak, że skończyły się czasy „dyskryminacji” płci w tym zawodzie. Jest bardzo wiele utalentowanych dyrygentek, a Polska jest zagłębiem takich talentów - zwłaszcza jeśli chodzi o młodsze pokolenie, do którego ja też należę. Ostatnio prowadziłam kurs w jednym z polskich miast, większość studentów, to były dyrygentki, i to one były najlepsze. W zawodzie dyrygenta szczyt kariery osiąga się w wieku około 50 lat. To jest bardzo długa droga. Jeśli pomyślimy o kobietach – dyrygentkach, które jakiś czas temu zaczęły się kształcić, to efekty ich edukacji będziemy widzieć za kilkadziesiąt lat.
Co było dla Pani impulsem do podjęcia takiej drogi życiowej, tradycje rodzinne? Dla każdego istotne jest to, żeby ten zawód był podbudowany „muzycznymi genami”, moja mama jest związana ze światem muzycznym -tańczy, mój tata uczył, dyrygował, więc to musiało we mnie tkwić. W szkole średniej stwierdziłam, że to jest cudowny zawód. Nie miałam wtedy jeszcze pojęcia o tym wszystkim, co związane jest z dyrygenturą. Podobał mi się pomysł prowadzenia grupy ludzi i robienia czegoś wspólnie. Zaczynałam edukację od gry na fortepianie, a to jest specyficzny instrument, gra się mniej kameralistyki, mniej pracuje się z ludźmi, a mnie zawsze pociągało grupowe tworzenie muzyki.
Jakie trzeba mieć predyspozycje osobowościowe, żeby uprawiać ten zawód? Trzeba być dobrym psychologiem, to jest chyba najważniejsza rzecz, bo jest to stanowisko kierownicze. To nie są czasy, w których dyrygenta uważa się za Boga. Dyrygent to nie jest dyktator, ale osoba, która mądrze prowadzi grupę. No i potrzebna jest oczywiście charyzma i dyplomacja.
Brała Pani udział w bardzo wielu kursach dyrygenckich prowadzonych przez wybitnych mistrzów batuty, od kogo nauczyła się Pani najwięcej? Jest wiele osób, które na coś nam wskazują i te wskazówki zostają w pomięci. Najważniejszą osobą na początku mojej edukacji był prof. Bogusław Madey, u którego zaczynałam studia. On dał mi podwaliny sztuki dyrygenckiej. Później (kiedy prof. Madey zmarł) prof. Ryszard Dudek, Jerzy Salwarowski (wtedy pierwszy raz dyrygowałam orkiestrą), Antoni Wit i Vladimir Kiradjiev – obecny szef artystyczny Filharmonii Rzeszowskiej. Teraz mam wielu mentorów angielskich. Dla młodego dyrygenta ważne jest, żeby mieć koło siebie kogoś, kto pomaga przedzierać się przez ten świat, bo to jest ciężki zawód. Kto teraz pomaga Pani torować tę zawodową drogę? Niewątpliwie szef mojej orkiestry Mark Elder - jestem jego asystentką. To doskonały muzyk, fantastycznie pracuje nad partyturą, potrafi wydobyć z orkiestry to, co najlepsze. Wiele się od niego uczę. Czy jest jakaś różnica między techniką pracy dyrygenta w Polsce, a w Wielkiej Brytanii? O tak. W Wielkiej Brytanii pracuje się bardzo szybko. Orkiestra, z którą pracuję potrafi przygotować program symfoniczny w ciągu trzech godzin. Mam często próbę tylko w dniu koncertu. Jeżeli przygotowujemy jakiś większy koncert, to wtedy próby zaczynamy we wtorek, a pierwszy koncert jest w środę, lub w czwartek. Zupełnie inna jest metoda pracy. Wiele problemów rozwiązuje sama orkiestra, w przeciwnym razie koncert nie byłby tak dobry. Atutem jest to, że orkiestry angielskie niezwykle szybko czytają a vista i świetnie reagują na gesty dyrygenta. Czasem gramy jakiś utwór w całości po raz pierwszy dopiero w czasie koncertu.
Kluczową sprawą jest chyba sposób kształcenia młodych muzyków? Bardzo duży nacisk kładzie się w Anglii na czytanie a vista, dzieci grają w orkiestrze niemal od początku swojej edukacji, odkąd właściwie są w stanie zagrać cokolwiek. Nawet uczeń bardzo mało zaawansowany w grze na instrumencie już próbuje grać w orkiestrze.
Na koncerty przychodzi dużo publiczności? Tak, dlatego właśnie przygotowujemy trzy różne koncerty w tygodniu, czasami przyjeżdża gościnny dyrygent, który pracuje nad jeszcze innym repertuarem. Kładzie się duży nacisk na szybką pracę. Jest to ogromny trening dla dyrygenta. Często takie „spięcie się” zespołu pomaga w uzyskaniu zamierzonego efektu.
Jaka jest angielska publiczność? Dobrze wyedukowana, wiele osób działa w amatorskim ruchu muzycznym. Koncerty orkiestr amatorskich są na bardzo wysokim poziomie, czasami takie zespoły nie różnią się od naszych orkiestr zawodowych, grają trudne programy.
Jak wspomina Pani swój debiut operowy? Mój debiut operowy, to było prowadzenie opery Janáčka- Przygody lisiczki chytruski. Tytuł brzmi bardzo infantylnie, ale jest to muzyka trudna dla wszystkich wykonawców. To było wrzucenie mnie na głęboką wodę. Nie pracowałam wcześniej nad żadną operą, więc wydawało mi się, ze tak musi byś (śmiech). Poszło bardzo dobrze i w tej chwili wspominam to z dużym rozrzewnieniem, lubię operę. W następnym roku pracowałam nad Weselem Figara, w którym było zdecydowanie mniej problemów technicznych dla dyrygenta.
Jest Pani finalistką Międzynarodowego Konkursu Dyrygenckiego im. G. Mahlera w Bamberg, czy konkursy są wciąż przepustką do kariery? Na konkursy przyjeżdża wiele osób, które są zainteresowane znalezieniem młodego, utalentowanego dyrygenta. To jest tak forma dyrygenckiego rynku. Musimy się pokazywać. Przy okazji uczymy się nowego repertuaru, poznajemy nowych ludzi, dzielimy się naszymi doświadczeniami, ale i frustracjami i problemami. Niebezpieczeństwo jest wtedy, gdy jeździ się tylko z konkursu na konkurs - to jest już hazard. Zresztą wszystkie stanowiska zdobywamy właściwie na zasadzie konkursu, to czy orkiestra zaprosi nas raz jeszcze też zależy od tego, czy jej się spodobamy, czy zadziała między nami to, co nazywa się chemią. W 1998 roku założyła Pani własny zespół… To był pierwszy zespół, na którym właściwie „ćwiczyłam” swoje umiejętności. Wtedy jeszcze studiowałam chóralistykę. Nie wyobrażałam sobie życia bez posiadania własnego zespołu - to jest bardzo ważne dla każdego dyrygenta. To był zespół założony od podstaw przeze mnie, składał się wtedy z moich przyjaciół ze studiów. Bardzo dobrze sobie poczynał. Początkowo nosił nazwę „Strussingers”- od mojego nazwiska, później byliśmy Polskim Chórem Jeunesses Musicales, a teraz jesteśmy Warszawskim Towarzystwem Scenicznym. Braliśmy udział w realizacji Zemsty Nietoperza z Warszawskim Teatrem Muzycznym, pod batutą Jerzego Maksymiuka i wielu innych znakomitych dyrygentów. Cieszy mnie to, że ten zespół cały czas istnieje i koncertuje, mimo, że na razie nie ma mnie w Polsce.
To właśnie z tym zespołem otrzymała Pani nominację do nagrody Fryderyka w 2001 roku… Tak, nagrywaliśmy wspólną płytę z orkiestrą Jeunesses Musicales - Kantatę do Świętej Cecylii Franciszka Lessla. To interesująca muzyka, w tamtym czasie rzadko wykonywana - spodobało się, i stąd ta nominacja.
Jaki rodzaj dramaturgii muzycznej najbardziej Pani odpowiada? Obecnie lubię pracować nad muzyką słowiańską, może dlatego, że w Anglii jest jej niewiele. Oczywiście Czajkowski jest obecny na wszystkich scenach, cieszę się z tego, bo odnajduje się w tej muzyce, kocham ją. Lubię także muzykę Dvořáka i Janáčka.
A muzyka polska? Nie słyszy się jej często na zachodzie… To prawda. Boleję nad tym, że tak niewiele robimy, żeby ją promować. Kiedy wyjeżdżałam z kraju, myślałam, że jednak muzyka polska istnieje intensywnie za granicą. Bardzo się zawiodłam, bo przez pierwsze dwa lat pobytu w Anglii słyszałam tylko kilka razy Koncert fortepianowy Chopina. Do Szymanowskiego podchodzi się z dużą rezerwą pomimo tego, czego dokonał Simon Rattle. Cenione jest szczególnie Stabat Mater Szymanowskiego, ale jest oczywiście problem ze śpiewaniem tekstu w języku polskim. Będę niebawem dyrygować utworami Karłowicz, pracowałam też nad Canzoną di barocco Henryka Czyża - to przepiękna miniatura na smyczki. Kiedy zagrałam ten utwór z moją orkiestrą w Sheffield, to Anglicy, którzy z reguły nie pokazują swoich emocji prawie się popłakali… Wszyscy łamali sobie języki, żeby wymówić nazwisko polskiego kompozytora. Jeden z moich muzyków tak był poruszony, że założył nawet w Wikipedii hasło o tym kompozytorze. Powinniśmy więcej wykonywać naszej muzyki, uporządkować materiały nutowe, żeby zagraniczne orkiestry zainteresowane tą muzyką miały łatwy do nich dostęp.
Trzeba przyznać, że Anglicy doceniają swoją muzykę, nawet tę, która nie jest z tzw. najwyższej półki… Tak, pracuję z najstarszą orkiestrą w Anglii, jej szefem jest wspomniany przeze mnie Sir Mark Elder - nacisk na „angielskość” tej orkiestry jest bardzo duży. Za dwa miesiące będę prowadzić koncert w całości poświęcony muzyce angielskiej, a będą to utwory, których nigdy wcześniej nie słyszałam. Powinniśmy brać z Anglików przykład.
Dyrygent to, primus inter pares – pierwszy pośród równych? Poniekąd tak.., pracujemy z orkiestrą razem, ale oczekuje się przecież od dyrygenta, że to on będzie prowadził.
Trudno połączyć życie osobiste z pracą dyrygenta? Nie jest to łatwe. Trzeba szczęśliwie znaleźć partnera, bo jest to zawód pełen wyrzeczeń, życie domowe podporządkowane jest zawodowej pracy. To ciągłe podróżowanie, ciężko jest zapuścić korzenie, a przecież musi być kiedyś czas na założenie rodziny. Wierzę, że uda się to połączyć.
Życzę Pani tego z całego serca Z Ewą Strusińską rozmawiała Anna Wiślińska
Super Nowości, 20 stycznia 2009
Na widowni oprócz stałej grupy melomanów chętnie zasiadają ludzie młodzi
TAKIEJ FILHARMONII MOŻNA NAM POZAZDROŚCIĆ
Od kiedy dyrektorem Filharmonii Rzeszowskiej została prof. Marta Wierzbieniec, udział w koncertach stał się coraz powszechniejszym zwyczajem wśród mieszkańców naszego regionu. Na widowni • oprócz stałej grupy melomanów - chętnie zasiadają ludzie młodzi. Powód? Doskonale przygotowany repertuar, który świadczy o tym, że filharmonią kieruje kompetentna i pełna ciekawych pomysłów osoba.
Osoby, które znają Martę Wierzbieniec, są zgodnie w ocenach. Pani dyrektor jest osobą o wielkiej charyzmie i pasji, którą zaraża wszystkich dookoła. Ma duszę artysty i jednocześnie świetnie sprawdza się na kierowniczym stanowisku. W efekcie w przygotowywanym przez filharmonię repertuarze każdy znajdzie coś dla siebie, zarówno wytrawni melomani, jak i osoby, którym imprezy organizowane przez tę instytucję do tej pory były obce.
Współpracownicy cenią życzliwość i optymizm dyrektor Wierzbieniec, widownia podziwia za wysiłek włożony, by widzowie mogli w coraz bardziej komfortowych warunkach brać udział w koncertach, natomiast fotoreporterzy przyznają, że pani Dyrektor jest wdzięcznym
obiektem do fotografowania. Pani Marcie Wierzbieniec redakcja Super Nowości gratuluje osiągniętych sukcesów i trzyma kciuki za następne. Takiej filharmonii jak w Rzeszowie reszta Polski może tylko pozazdrościć.
Kad
Prof. Marta WIERZBIENIEC urodziła się w Sanoku. Mieszka w Rzeszowie, jest absolwentką Państwowego Liceum Muzycznego. Studiowała na Wydziale Wychowania Muzycznego krakowskiej Akademii Muzycznej w klasie dyrygowania. Ukończyła Podyplomowe Studium Chórmistrzowskie i Podyplomowe Studium Emisji Głosu w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Umiejętności dyrygenta chórmistrza doskonaliła w Szwajcarii, Belgii i Niemczech. Wielokrotnie brała udział w festiwalach i konkursach muzycznych, często zdobywając nagrody. Występowała m.in.: w Austrii, Belgii, na Białorusi, Słowacji, w Szwajcarii, Szwecji, Niemczech, we Wfoszech.
Gazeta Wyborcza, 17-18 stycznia 2009
NIGEL KENNEDY ZE ŚMIETANĄ
Rewelacja w rzeszowskiej filharmonii: w marcu znany brytyjski skrzypek Nigel Kennedy i polski jazzman Jarek Śmietana zagrają utwory legendarnego gitarzysty Jimiego Hendriksa
MAGDALENA MACH
Nigel Kennedy w Rzeszowie zagra po raz pierwszy. Koncert odbędzie się 15 marca i już zapowiada się na muzyczne wydarzenie tego roku.
Melomani kochają go za wszystko: i za perfekcyjne wykonania, i za wędrówki od klasyki muzyki poważnej po klasykę rocka i jazz, a także za postpunkowy wizerunek i oryginalny styl bycia. Bo trudno nie kochać tak charyzmatycznego artysty, jednego z najbardziej cenionych wirtuozów naszych czasów, który z równym zaangażowaniem gra na wielkich scenach świata, jak i na spontanicznym jam session w jednym z krakowskich klubów jazzowych.
Kennedy był ulubionym uczniem legendarnego skrzypka Yehudi Menuhina i absolwentem elitarnej Juilliard Schooł of Musie w Nowym Jorku. Od debiutu w 1977 r. w prestiżowym London Royal Festival Hali pod batutą Riccardo Mutiego występował z najlepszymi światowymi orkiestrami i dyrygentami, pojawiał się na najważniejszych festiwalach w Europie oraz Stanach Zjednoczonych. Od samego początku swojej działalności artystycznej jest związany ekskluzywnym kontraktem z wytwórnią EM I. Jego dyskografia jest obszerna i wielokrotnie nagradzana
Powalił świat na kolana interpretacją „Czterech pór roku" Antonia Vivaldiego, które nagrał z English Chamber Orchestra w 1989 r. Płyta przez sześć miesięcy była na szczycie listy przebojów w Wielkiej Brytanii i została sprzedana w liczbie dwóch milionów egzemplarzy, co sprawiło, że została wpisana do Księgi rekordów Guinnessa jako najlepiej sprzedający się utwór muzyki klasycznej wszech czasów. Album „Vivaldi II - Nigel Kennedy & Berliner Philharmoniker" zdobył w Niemczech Nagrodę Echo za najlepsze wykonanie muzyki XVIII wieku oraz najwyższą austriacką nagrodę w dziedzinie muzyki klasycznej - Nagrodę Amadeusza za Najlepsze nagranie instrumentalne roku 2005.
Płyta „Polish Spirit" uhonorowana została statuetką Fryderyk 2008. Kennedy otrzymał wiele indywidualnych nagród, w tym m.in. w Wielkiej Brytanii - „za wkład w rozwój brytyjskiej muzyki" oraz tytuł Artysty Roku, we Francji - Gold Award, w Szwajcarii - Złotą Różę Montreux.
W Polsce Kennedy stał się popularny od czasu, kiedy wydał w 2003 r. płytę „East Meets East" z fenomenalną krakowską grupą Kroke; zresztą Kraków uwiódł muzyka na tyle, że zdecydował się tu zamieszkać.
W programie koncertu w rzeszowskiej filharmonii znajdą się jazzowe aranżacje utworów Jimiego Hendrixa są oraz własne kompozycje. Kennedy nie po raz pierwszy wziął na swój wirtuozerski warsztat kompozycje Hendriksa. Obaj muzycy mają wiele wspólnego: wpisują się w historię współczesnej muzyki jako wirtuozi i rewolucjoniści gry na swoich instrumentach, przełamując szablony i stereotypy. Ken-nedy czul od dawna to duchowe pokrewieństwo, w 1999 r. nagrał płytę zjego utworami „The Kennedy Experience", dzięki której muzyka Jimiego zyskała nowy wymiar i nową grupę odbiorców, bywalców sal koncertowych.
Na koncercie w Rzeszowie usłyszymy utwory Hendriksa według Nigela Kennedy'ego w jeszcze innej wersji -jazzowej. Artyście towarzyszyć będzie Jarek Śmietana, wybitny polski gitarzysta i kompozytor jazzowy oraz Wojciech Karolak, Adam Kowalewski i Krzysztof Dziedzic.
Bilety są w cenie: 120 i 100 zł dla posiadaczy abonamentu. Ich sprzedaż rozpocznie się 3 lutego.
Super Nowości, 2-4 stycznia 2009
MAMY MNÓSTWO POMYSŁÓW
Z MARTĄWIERZBIENIEC, dyrektorem Filharmonii Rzeszowskiej im. A. Malawskiego, rozmawia Katarzyna Drążek
- Jak zapowiada się dla melomanów pierwsza połowa 2009 roku?
- Będzie bardzo interesująca i różnorodna. W styczniu dużo muzyki karnawałowej: 4 stycznia wystąpi zespół rzeszowianina Zygmunta Kukli z naszą grupą smyczkową, 8 stycznia Rzeszowski Chór Katedralny Chłopięco-Męski, 9 stycznia koncert „Cesarski Bal w Filharmonii", podczas którego słowem będzie bawił Marek Czarnota, potem 16 stycznia „Tango Forever", a 22 i 23 stycznia wielkie przeboje muzyki filmowej w wykonaniu naszej orkiestry. Na koniec stycznia proponujemy „Bolero" Ravela. W lutym będziemy gościć Agnieszkę Duczmal, zaś 8 marca wieczór kobiet w filharmonii z Januszem Radkiem i jego zespołem. W kwietniu koncert poprzedzający święta wielkanocne. Sezon zakończymy 19 czerwca.
- Na jakie niespodzianki możemy liczyć podczas majowego festiwalu w Łańcucie?
- Festiwal rozpoczniemy trochę nietypowo, bo galą operową (24 maja o godz. 19 na specjalnie zbudowanej scenie), która odbędzie w łańcuckim parku. Mamy nadzieję, że pogoda dopisze, że będzie już piękna wiosna, czekamy na piękne magnolie i rozśpiewane ptaki. Usłyszymy wielkie przeboje operowe m.in. Verdiego i Pucciniego. Każdy będzie mógł znaleźć muzykę, która porywa, którą się lubi i często nuci, nie zdając sobie sprawy, że jest to kompozycja operowa. Zachęcam wszystkich Czytelników do wzięcia udziału w tym festiwalu. Cały tydzień festiwalowy będzie bardzo zróżnicowany. Drugiego dnia koncert Adama Wodnickiego, doskonałego pianisty. Gościć będziemy kwintet oraz kwartet smyczkowy, z Austrii i Szwajcarii. Na koncercie nocnym wystąpi znana wszystkim Grupa MoCarta. Będziemy mieć też wybitnych artystów młodego pokolenia, m.in. pianistę Stanisława Drzewieckiego.
- Mają Państwo nowe pomysły na festiwal?
- Cały program jest już dopięty, pracujemy tylko nad szczegółami. Chcemy, by festiwal docierał do naszych stałych melomanów oraz tych, którzy jeszcze w nim nie mieli okazji uczestniczyć. Stąd koncert plenerowy na otwarcie festiwalu. Tradycyjnie jeden koncert odbędzie się w filharmonii. Mamy mnóstwo pomysłów na rozszerzenie formuły festiwalu. Festiwal w Łańcucie bardzo dobrze się kojarzy. Wielu artystów z zagranicy wie, że w Łańcucie odbywa się poważny, znany festiwal i że warto tu przyjechać.
Dziękuję za rozmowę.
Gazeta Wyborcza, listopad 2008
Dobre samopoczucie muzyków odbija się na jakości koncertów
MAM Z RZESZOWEM GORĄCĄ LINIĘ
Vladimir Kiradjiev w Rzeszowie jest od wtorku, nie zdążył jeszcze poznać miasta, za to ma już głowę pełną pomysłów na to, jak zrewolucjonizować ofertę filharmonii w następnym sezonie Rozmowa z Vladimirem Kiradjievem -Będzie większa różnorodność repertuaru: od muzyki dawnej po współczesną, jazz, operę i musical, a koncerty będą się odbywać nie tylko w jeden dzień w tygodniu - zapowiada austriacki dyrygent bułgarskiego pochodzenia nowy szef filharmonii. MAGDALENA MACH: Czy będzie Pan wymagającym dyrektorem? VLADIMIR KIRADJIEV: Tak, bo orkiestra oczekuje ode mnie, żebym był wymagający. Ale nie będę nikogo zmuszać do pracy, chcę przekonywać, dawać motywację. Jestem ambitny i energiczny. Zresztą rzeszowskiej orkiestry nie trzeba naciskać, żeby lepiej pracowała. Ona zawsze chciała być coraz lepsza, tylko nie zawsze miała warunki, żeby się rozwijać. Teraz nadszedł ten czas. Nad czym trzeba jeszcze popracować w naszej orkiestrze? - Nad samopoczuciem. Wśród muzyków panuje przekonanie, że tutaj jest prowincja, że niczego nie można osiągnąć. Muszą uwierzyć w siebie swoje możliwości. Nieraz przekonałem się. że dobre samopoczucie muzyków, odbija się na jakości koncertów. Jak można poprawić samoocenę rzeszowskich muzyków? - Nagraniami i koncertami zagranicą i na festiwalach w całej Polsce. Czy ma Pan już konkretne plany wyjazdowe? Nie powstydziłby się Pan dyrygować rzeszowską orkiestrą np. w Wiedniu? - Bardzo chętnie przedstawiłbym nas/a orkiestry u Wiedniu, choć fakt że się tam występuje, wcale nie świadczy o najwyższym światowym poziomie, są tam prezentowano bardzo różne rzeczy: dobre i gorsze. Chciałbym, żeby orkiestra wyjeżdżała na koncerty przynajmniej raz w roku. Na ten jeszcze planów nie ma, ale na przyszły mamy zaproszenie na festiwal do Toledo. Byliśmy tam z rzeszowską orkiestrą wiosną tego roku i występ spodobał się tak bardzo, że dostaliśmy kolejne zaproszenie Muzycy nie muszą się więc obawiać indywidualnych przesłuchań? - Przesłuchania będą, ale tylko dla kandydatów do orkiestry. Nie ma potrzeby indywidualnie przesłuchiwać etatowych muzyków. Tegoroczny repertuar jest już ustalony przez poprzednią dyrekcję, pracuje Pan już nad przyszłorocznym. Jaki będzie? - Staram się wprowadzić nową koncepcją repertuaru filharmonii, polegającą na większej muzycznej różnorodności. Poprzedni dyrektorzy filharmonii koncentrowali się na repertuarze od klasycyzmu po późny romantyzm. Tymczasem dzisiejsza publiczność jest różnorodna wymaga od wykonawców i innego repertuaru. Jest wielu fanów musicalu, operetki, muzyki dawnej ci kameralnej. W repertuarach filharmonii na całym świecie gatunki te mieszają się, w Rzeszowie zdarza się to tylko w karnawale. W następnym sezonie chciałbym, aby taka różnorodność była w każdym miesiącu, zatem jeden koncert jazzowy, dwa kameralne. W wykonaniu naszych muzyków i zaproszonych gości. Filharmonia to nie tylko orkiestra symfoniczna, ale i wszystkie zespoły, które w niej działają. Chcę, aby każdy muzyk orkiestry miał możliwość pokazania się w różnym repertuarze. Jest Pan znanym propagatorem opery. Wielokrotnie realizował Pan opery w wersji estradowej w Polsce. Czy możemy spodziewać się takich projektów również w Rzeszowie? - Na pewno będzie więcej opery. Po remoncie, w ramach którego zostanie wybudowany kanał dla orkiestry, zaczniemy pracować nad własnymi realizacjami. Skąd na to wszystko pieniądze? - Mamy nadzieję na wsparcie marszałka województwa, szukamy też sponsorów. Następny sezon artystyczny będzie trudny, bo budynek filharmonii zostanie zamknięty na czas generalnego remontu. Trzeba nie tylko ustalić repertuar, ale i znaleźć miejsce na koncert. Będzie Pan osobiście szukał w Rzeszowie takich miejsc? - Tak, będziemy ich szukać razem z panią dyrektor Martą Wierzbieniec. Zakładamy, że raz w miesiącu koncert będzie odbywać się w kościele, dlatego szukamy kościoła nie tylko z dobrą akustyką, ale i ogrzewaniem. Mniejsze koncerty mogą odbywać się w Instytucie Muzyki UR. A co z festiwalem w Łańcucie? Na zapraszanie gwiazd jest już chyba za późno... - Rzeczywiście, jest bardzo trudno. Repertuar nie jest jeszcze ustalony. Gdy rozmawiam z gwiazdami, wszystkie są bardzo chętne, żeby przyjechać do Łańcuta, tytko nie w 2009 r., bo mają już wszystkie terminy zarezerwowane. Z powodu zbyt krótkiego czasu, jaki został nam do festiwalu, prawdopodobnie uda się więc zrealizować tylko połowę zamierzeń repertuarowych. Wiadomo już, że będzie koncert jazzowy, muzyka współczesna, młode talenty z Polski i gala operowa na początek. Czy może Pan zdradzić już jakieś pewne nazwiska? - Przyjedzie Zbigniew Namysłowski z zespołem, będzie też orkiestra z Austrii Spirit of Europę. Nie zdradzę nic więcej, bo rozmowy wciąż trwają. Jest Pan zatrudniony jako wykładowca w Akademii Muzycznej w Wiedniu, ma Pan też własne plany koncertowe. Jak to się da pogodzić z funkcją dyrektora artystycznego rzeszowskiej filharmonii? -W tym roku jestem zatrudniony na kontrakcie, ale to awaryjna sytuacja, bo propozycję objęcia tu stanowiska dostałem późno, kiedy już miałem ustalone terminy koncertów. Mam zamiar przyjeżdżać do Rzeszowa raz w miesiącu na tydzień. To wystarczy, żeby doglądać pracy orkiestry. Nad planowaniem repertuaru pracuję cafy czas, mam gorącą linię z szefową biura koncertowego Martą Gregorowicz. Zdarza się, że telefonujemy do siebie po pięć razy dziennie, bez względu na to, czy akurat jestem w Meksyku, czy w Chinach. ROZMAWIAŁA MAGDALENA MACH
Twoja Muza, nr 6 grudzień-styczeń 2009
OBRAZ 1929 - W HOŁDZIE BEKSIŃSKIEMU
„Mieniący się wszystkimi barwami jak kościelny witraż. Momentami połamany i pęknięty, chwilami spójny i rozświetlony...". Tak o swojej kompozycji mówi Justyna Kowalska, laureatka l Konkursu Kompozytorskiego im. Artura Malawskiego w Rzeszowie. Inspirację do napisania „Obrazu 1929" stanowiła twórczość Zdzisława Beksińskiego. Utwór jest swoistym połączeniem wszystkich faz w dorobku artystycznym malarza. Ostre prowokacyjne szkice, rysunki, wyraziste, czarno-białe, połączone z kolorową fantastyką, sztucznymi komputerowymi grafikami i monumentalnymi, architektonicznymi tworami wyobraźni Beksińskiego. Przesycone głębią, budujące napięcie, wywołujące nieraz przerażenie i strach. Tytułowy rok 1929 to data urodzin malarza. Co skłoniło autorkę do stworzenia tego rodzaju kompozycji? Jak sama mówi: „Góry. Światło. Niebo. Wiatr. Prawda. Niemoc. Słowa. Witraż. Przemijanie. Gesty. Czas. Wszechświat. Miłość. Wieczność. Strach. Tatry. Radość. Siła". Prapremiera utworu odbyła się w rzeszowskiej Filharmonii podczas koncertu inaugurującego 54. sezon koncertowy 2007/2008. Justyna Kowalska to 23-letnia flecistka, pianistka, improwizatorka. Kompozycją zajęła się w 2003 roku, od 2004 studiuje kompozycję pod kierunkiem profesora Aleksandra Lasonia na Akademii Muzycznej w Katowicach. Autorka wielu kompozycji, w tym utworu „Cierń" do słów Tadeusza Różewicza (wyróżnienie na Ogólnopolskim Konkursie Kompozytorskim im. T. Różewicza w Gliwicach). Oprócz kompozycji interesuje się i tworzy grafiki. Konkurs im. Artura Malawskiego rzeszowska Filharmonia ogłosiła we wrześniu ubiegłego roku. Jego pomysłodawca Marek Stefański pragną) przypomnieć postać zapomnianego kompozytora, a ponadto konkurs daje szansę młodym twórcom, których utwory, często schowane w szufladzie, nie mają możliwości zaistnienia w filharmonicznych salach. Jury w składzie: profesor Krystyna Moszumańska-Nazar, profesor Marek Pijarowski i doktor Andrzej Jakubowski, oprócz Justyny Kowalskiej uhonorowało dwoma wyróżnieniami: Jarosława Płonkę za utwór „Toccata" oraz Grzegorza Pieńka za kompozycję „Zone".
Paulina Mazur-Kopeć
Nowiny, 24 września 2008
Artyści nie istnieją bez publiczności, a ona ich szanuje i kocha
CHCĘ HARMONII W FILHARMONII
Rozmowa z MARTĄ WIERZBIENIEC, nowym dyrektorem naczelnym Filharmonii Rzeszowskiej - Czy z racji, że kobieta zostaje dyrektorem takiej instytucji. jak filharmonią można się spodziewać dodatkowego ocieplenia relacji z bywalcami i muzykami? - Trudno mi to tak oceniać! Ale filharmonia powinna być takim miejscem, gdzie ma panować harmonia, bo to wynika z jej nazwy, a także przesłania. Taką harmonię wyobrażam sobie wewnątrz i na zewnątrz tej instytucji. Nikt z artystów nie istnieje bez publiczności, a ona zazwyczaj ich szanuje i kocha. - Nie uważa pani, że nasza filharmonia to także taki salon towarzyski, do którego ludzie przychodzą nie tylko dla muzyki, ale żeby spotkać się i porozmawiać? - Dobrze, że niezależnie od słuchania muzyki jest też miejscem, w którym ludzie mogą ze sobą rozmawiać o czymkolwiek. Tym bardziej że my coraz częściej nie porozumiewamy się z sobą wcale, a jeśli już, to za pomocą haseł. Ale, oczywiście, najważniejsza jest muzyka, bo po to tam przychodzimy, żeby słuchając jej, unieść się ponad problemy dnia codziennego. Znaleźć się w magicznym świecie gdzie człowiek przebywa sam ze sobą i ma czas na refleksję. - No tak, ale jak tu mówić o harmonii, skoro po konflikcie z orkiestrę odeszli Wergiliusz Gołąbek i Marek Stefański, pani dwaj poprzednicy? - Ja zdaję sobie sprawę z wagi ciężaru, jaki postanowiłam dźwignąć. Z problemów, które tu na mnie czyhają. Ale one są po to, by je rozwiązywać! Współpracuję z tą filharmonią od 12 lat. Przygotowywałam liczne koncerty chóralne i wo-kalno-instrumentalne. Cenię sobie pracę z zespołem, nie umiem pracować bez zespołu. Na to stawiam, na to liczę. - Jakie zmiany pani szykuje? - Jeśli one nastąpią, to drogą ewolucji, a nie rewolucji. Chciałabym, by orkiestra koncertowała nie tylko w Rzeszowie, ale i w innych miastach, a także za granicą. Kandydatem na jej dyrektora artystycznego jest znany publiczności rzeszowskiej i orkiestrze Yladimir Kiradijev. - Repertuar na ten sezon jest już gotowy i opublikowany w internecie. Czy pani ma zamiar wywrócić ten projekt? - Ale łatwo zauważyć, że przy niektórych koncertach brakuje nazwisk dyrygenta i solistów. Niemniej zamierzam uszanować to, co w tym względzie zrobił mój poprzednik Marek Stefański, bo wiem, że przygotowanie repertuaru na sezon jest kosztowne i skomplikowane. - Skierujmy uwagę na Łańcut, na przyszłoroczny festiwal. Był zamiar żeby kto inny kierował filharmonią, kto inny festiwalem. Jak można oceniać ten projekt? - Filharmonia prawie pięćdziesiąt lat organizuje Muzyczny Festiwal w Łańcucie. Nie wiadomo mi nic, żeby cokolwiek w tej kwestii miało się zmienić, A ten festiwal to nie tylko tydzień koncertów, ale szereg działań przez rok, a i ponad rok. - Dyr. Marek Stefański twierdził m.in. w TV Rzeszów, że został przygotowany program przyszłorocznego festiwalu w Łańcucie. - Skoro do chwili obecnej nie ma w filharmonii informacji na ten temat, ja ten program zaczynam tworzyć od początku. - Nie jest za późno? - Nie może być! Festiwal się odbędzie i będzie wielkim wydarzeniem. O szczegółach powiem pod koniec października. - W czerwcu przyszłego roku czeka budynek filharmonii wielka modernizacja. Martwimy się, gdzie muzycy będą koncertowali, a my ich słuchali? - Mnie bardzo cieszy, że tak wiele osób się martwi. Ale ja nie jestem od zmartwień, lecz od zorganizowania tych koncertów. Jest w Rzeszowie i poza nim kilka pięknych sal.
Rozmawiał Andrzej Piątek
Gazeta Wyborcza, 24 września 2008
W FILHARMONII ZAPANUJE DEMOKRACJA
Rewolucji nie będzie - zapowiada prof. Marta Wierzbieniec, nowa dyrektorka Filharmonii Rzeszowskiej. Będzie za to szef artystyczny z Wiednia i więcej muzyki współczesnej
Rozmowa z Martą Wierzbieniec MAGDALENA MACH: Nie musiała Pani startować w konkursie na stanowisko dyrektora filharmonii, propozycja zarządu województwa podkarpackiego przyszła sama i dość niespodziewanie. Czy jest Pani przygotowana na takie wyzwanie? MARTA WIERZBIENIEC: Przyjęłam propozycję z radością, ale nie od razu. Decyzję podejmowałam dość długo. Zdaję sobie sprawę z powagi tego zadania i trudności, które z pewnością napotkam. Filharmonia nie jest dla mnie tworem nieznanym, wielokrotnie współpracowałam już z tą instytucją. Przyjęłam to stanowisko jako wyzwanie i od tego momentu sprawy filharmonii są dla mnie najważniejsze. A co z Instytutem Muzyki, któremu nadal będzie Pani szefować. Zejdzie na plan dalszy? - Instytut funkcjonuje dobrze, wszystko zostało zaplanowane jeszcze przed wakacjami- Nie byłam nakłaniana, aby rezygnować z tej funkcji i sama nie widzę takiej potrzeby. Instytut to tylko maleńka jednostka w ramach Uniwersytetu Rzeszowskiego. Mamy ok. 300 studentów. Moim zadaniem jest dbanie o jakość kształcenia. Strategiczne decyzje zapadają na szczeblach dziekańskich. Jakim będzie Pani szefem w filharmonii? - Jestem przyzwyczajona do pracy z zespołem. Dyryguję chórem, od 1999 r. sprawuję funkcje kierownicze - najpierw byłam kierowniczką Katedry Wychowania Muzycznego, potem dyrektorką Instytutu Muzyki. Uważam, że w dzisiej szym świecie dyrektor to osoba, która ma plany i propozycje, ale tylko działając wspólnie z zespołem, może osiągnąć wiele. Decyzje zawsze będę konsultować z radą artystyczną i związkami zawodowymi. Wizja programowa filharmonii będzie tworzona wspólnie z dyrektorem artystycznym. Te deklaracje na pewno spodobają się pracownikom filharmonii, czy jednak taka demokracja nie grozi ubezwłasnowolnieniem dyrektora? -Poza tym, że jestem dyrektorką, jestem też dyrygent A dyrygent porządkuje, ujednolica i narzuca koncepcję. Jednak koncepcja ta powinna być aprobowana przez wykonawców. Bazując na swoim doświadczeniu, wiem, że możliwa jest dyskusja, choć pracownicy powinni zdawać sobie sprawę, że to dyrektor podejmuje ostateczne decyzje. Pracownicy filharmonii chętnie wyrażają swoje opinie na temat dyrekcji na forach internetowych, często w sposób daleko nieprzystający do reprezentantów instytucji kulturalnej. Śledzi Pani takie wpisy? - Anonimowe wpisy nie interesują mnie. Jestem przygotowana na uwagi, ale przekazywane wprost. Jeśli ludzie mają skargi, pretensje, chcę o tym rozmawiać i rzeczowo szukać rozwiązania. Nikt nie ma jednej recepty na funkcjonowanie takiej instytucji. Nie będzie więc rewolucji, odświeżania orkiestry czy kadry pracowniczej? - Nie przewiduję zmian. Przed nami wymagające koncerty, wiele pomysłów do zrealizowania, nie czas na zmiany. Marek Pijarowski pozostanie pierwszym dyrygentem rzeszowskiej orkiestry. Będzie jednak nowy dyrektor artystyczny... -Kandydatem na to stanowisko jest Yladimir Kiradjiev, bułgarski dyrygent mieszkający w Wiedniu, który współpracował już z naszą orkiestrą. Jego kandydatura to wspólna decyzja moja i zespołu filharmonii. Wkrótce zapewne obejmie tę funkcję. Czekam na to, aby zacząć konsultować program artystyczny filharmonii na sezon 2009/10, a nawet następny, bo będziemy zabiegać o wielkie gwiazdy, które mają zarezerwowane terminy. Musimy też zaplanować tegoroczny Muzyczny Festiwal w Łańcucie. Poprzedni dyrektor Marek Stefański mówił dziennikarzom, ze w dużej części program festiwalu jest już ustalony. Zarząd województwa w oficjalnym komunikacie przekazał nam informację, że w dużej części program festiwalu jest już ustalony. Zarząd województwa w oficjalnym komunikacie przekazał nam informację, że Stefański pozostanie dyrektorem artystycznym festiwalu. Czy tak się jednak nie stanie? - Program na sezon 2008/09 został ustalony przez mojego poprzednika i w większości niczego już nie będziemy zmieniać. Ale nie otrzymałam żadnych dokumentów mówiących o festiwalu w Łańcucie. Dlatego wraz z Vladimirem Kiradjievem przystąpimy do pracy nad programem od zera. Jest dla mnie oczywiste, że - tak jak do tej pory - dyrektor naczelny filharmonii odpowiadał za festiwal, tak dyrektor artystyczny powinien odpowiadać za stronę artystyczną festiwalu. Czy nie jest za późno na konstruowanie programu festiwalu? Sama Pani wspomniała, że gwiazdy mają zarezerwowane terminy już na następne sezony, a to grozi, że przyjadą wykonawcy z łapanki. - Nie jest za późno. Festiwal nie będzie skromniejszy, być może tylko przesuniemy termin na koniec maja. Czy pomysły poprzedniego dyrektora będą kontynuowane? Myślę o konkursie kompozytorskim i koncertach dla najmłodszych? - Jestem przekonana, że konkurs należy kontynuować. To bardzo ważna idea, pozwalająca nie tylko wyłonić nowych twórców, ale i dająca publiczności możliwość poznania nowych utworów. Oferta dla małych dzieci też pozostanie, bo niezwykle ważne jest, w jaki sposób zostaniemy wprowadzeni w świat muzyki. Chcemy uatrakcyjnić działania skierowane do młodych słuchaczy. Po Warszawskiej Jesieni widać, że to młodzież poszukuje kontaktu z językiem muzycznym naszych czasów, dlatego w naszej filharmonii nie może go brakować. Muzyki współczesnej jest w programach filharmonii mało, bo dużo kosztują prawa autorskie. Rolą dyrektora filharmonii jest m.in. zabieganie o środki finansowe. Dotacja urzędu marszałkowskiego nie pokrywa w całości kosztów funkcjonowania instytucji, lwią ich cześć trzeba znaleźć u sponsorów. Czy wie już Pani, gdzie szukać? - Mam nadzieję, że tak jak w poprzednich latach znajdą się sponsorzy, którzy zechcą dofinansować działalność filharmonii. Przygotujemy projekty, na które chcemy znaleźć większe środki finansowe. Są to projekty wydarzeń artystycznych bazujących na wielokulturowych tradycjach muzycznych i talentach z naszego regionu. Działalność filharmonii to także koncerty o charakterze kulturotwórczym i edukacyjnym. O szczegółach jeszcze za wcześnie mówić. W sezonie artystycznym 2009/10 filharmonię czeka generalny remont. Jakie są pomysły, by muzycznie sezon nie był stracony dla publiczności? - Budynek filharmonii będzie zamknięty na ponad rok. Ale jest sporo sal, w których mogą odbywać się różne formy koncertowe - nie tylko w Rzeszowie, ale w całym regionie.
ROZMAWIAŁA MAGDALENA MACH
Gazeta Wyborcza, 24 czerwca 2008
Filharmonia przed remontem
Filharmonia Rzeszowska zostanie zamknięta na co najmniej rok, bo czekają gruntowny remont. Marek Stefański, dyrektor filharmonii, na pewno go jednak nie poprowadzi MAGDALENA MACH
Remont ma rozpocząć się w czerwcu przyszłego roku, będzie kosztować budżet województwa 30 mln zł. To konieczna inwestycja. Kontrola straży pożarnej w filharmonii wykazała, że budynek nie spełnia żadnych norm wyznaczonych przez przepisy przeciwpożarowe. Nie był modernizowany od ponad 30 lat. Najtrudniejszym przedsięwzięciem będzie gruntowny remont sali koncertowej, która słynie w Polsce z doskonałej akustyki. Prace obejmą także wymianę instalacji, zagospodarowanie podziemi na magazyny, zainstalowanie mechanizmów umożliwiających szybkie i łatwe chowanie fortepianu pod podłogę, zamontowanie klimatyzacji. Dyrektor i organista w jednym marzy też o wybudowaniu w sali koncertowej organów, które są obowiązkowym instrumentom w większości filharmonii. O remoncie wiadomo było już rok temu, gdy stanowisko dyrektora obejmował Marek Stefański. Od razu deklarował on jednak, że jego domeną będzie artystyczna strona działalności filharmonii. W ubiegłym tygodniu Stefański wysłał pismo do marszałka Zygmunta Cholewińskiego. - Oczekuję, że w obliczu tak wielkiej inwestycji urząd marszałkowski zatrudni osobę odpowiedzialną za remont, nawet w randze zastępcy dyrektora - mówił Stefański. Jeszcze w ubiegłym tygodniu na pytanie, czy pozostanie na stanowisku dyrektora filharmonii, odpowiadał, że wyjaśni się to do końca czerwca. Wczoraj znany był już kandydat na stanowisko zastępcy dyrektora filharmonii. To Paweł Stochnal, absolwent Politechniki Rzeszowskiej i Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. - To młody inżynier, zacznie pracę od sierpnia na stanowisku dyrektora ds. administracyjno-inwestycyjnych. Już latem trzeba ogłosić przetarg na projekt remontu - informuje Stefański. Urząd Marszałkowski nie poniesie z tego powodu żadnych dodatkowych kosztów, stanowisko zastępcy dyrektora filharmonii jest w statucie tej instytucji. Zarząd województwa nie przewiduje jednak spełnienia drugiej prośby Stefańskiego, który wnioskował także o zwiększenie dotacji. W 2008 roku filharmonia otrzymała ponad 5 mln zł dotacji podstawowej oraz 1,5 mln zł dotacji celowej na przewidziane harmonogramem na ten rok przygotowanie dokumentacji remontu. Nie ma możliwości zwiększenia dotacji. Filharmonia posiada osobowość prawną i jako samodzielna instytucja powinna zarabiać-uważa Jan Burek członek zarządu województwa, odpowiedzialny za kulturę. Z tym nie zgadza się Stefański. Choć stara się pozyskiwać środki od sponsorów i za wynajmowanie sali, jest to jednak wciąż za mało, by móc proponować słuchaczom ambitny program. Uważa, że wyjściem z sytuacji mogłoby być porozumienie samorządu wojewódzkiego z miastem w sprawie współfinansowania filharmonii, bo instytucja działa głównie dla mieszkańców Rzeszowa. - Trzeba zakopać polityczne antagonizmy-przekonuje Stefański. Ma pomysły, jak zaplanować pracę orkiestry w sezonie 2009-2010, gdy budynek przy Chopina będzie zamknięty. - Jeden koncert w miesiącu mógłby odbywać się w Instytucie Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego, drugi w kościele, trzeci byłby wyjazdowy. Zaoszczędzone pieniądze moglibyśmy wykorzystać na zagraniczne wyjazdy naszej orkiestry - mówi Stefański. Czy pozostanie na stanowisku dyrektora? - ponowiliśmy pytanie wczoraj. - Jeszcze nie rozmawiałem z marszałkiem. Jako artysta nie mogę podpisywać się pod byle jakim programem koncertowym, który układa się tylko i wyłącznie pod kątem: czy nas na to stać. Taki program potrafi ułożyć każdy urzędnik - odpowiedział.
Gazeta Wyborcza, 7-8 czerwca 2008
ZAGRAJĄ NA RYNKU W TOLEDO
Orkiestra Filharmonii Rzeszowskiej da w sobotę koncert w hiszpańskim Toledo podczas XIV Międzynarodowego Muzycznego Festiwalu. To święto muzyki kameralnej, symfonicznej i chóralnej, które trwa ponad miesiąc - od 9 maja do 17 czerwca, i jest jednym z najbardziej znanych festiwali w Hiszpanii. Koncerty odbywają się w wyjątkowych miejscach: dawnym meczecie, a dziś kościele św. Tomasza, synagodze El Transito z XIV w. czy Sefardi Muzeum. Rzeszowska orkiestra wystąpi na największym i najważniejszym koncercie festiwalu - gali operowej na rynku w Toledo. Zagra pod dyrekcją pochodzącego z Bułgarii dyrygenta Vladimira Kiradjieva, który kilkakrotnie miał okazję pracować w Rzeszowie. W programie znajdą się dzieła W.A. Mozarta, C.M. von Webera, G. Rossiniego, G. Verdiego, P. Mascagniego, G. Pucciniego, orkiestra towarzyszyć będzie sopranistce Alexandrinie Pendatchanskiej. - Ten wyjazd zrobi dobrze muzykom, od dawna nigdzie nie wyjeżdżali, a teraz będą mieli okazję do konfrontacji z innymi orkiestrami. To także świetna promocja dla naszego miasta i województwa, o którym w świecie niewiele słychać, zwłaszcza w dziedzinie kultury - mówi Marek Stefański, dyrektor Filharmonii Rzeszowskiej. Koncert, na którym wystąpi orkiestra z Rzeszowa, ma być trans¬mitowany przez hiszpańską telewizję. O zaproszenie na festiwal nasza orkiestra rywalizowała z zespołem chorwackim z Zagrzebia. Organizatorzy, którzy pokrywają większość kosztów wyjazdu, zdecydowali się na orkiestrę rzeszowską, mimo że chorwacka była tańsza. - Decydująca dla Hiszpanów okazała się opinia dyrygenta. Vladimir Kiradjiev polecił nasz zespół jako muzyków zdyscyplinowanych, dysponujących bogatym repertuarem sprawdzającym się świetnie w akompaniowaniu solistom - wyjaśnia Stefański. Chociaż część kosztów ponosi organizator, to zorganizowanie wyjazdu 60 muzyków orkiestry razem z instrumentami wcale nie jest ani tanie, ani proste. Ubezpieczenie mienia i ludzi to koszt 700 tys. zł. Na szczęście PZU zgodziło się wziąć je na siebie w całości, za przejazd autokarami do Warszawy zapłaciła firma Hartbex.
MAGDALENA MACH
Ruch Muzyczny, 23 grudnia 2007, nr 26
Muzyka polska w Rzeszowie
Blisko dwudziestoletnie kierowanie Filharmonią Rzeszowską przez Wergiliusza Gołąbka należy już do przeszłości. Pamiętajmy, że w tym czasie orkiestra miała okazję pracować pod kierunkiem bardzo dobrych dyrygentów, co zdaje się warunkiem koniecznym dla utrzymania stałego wysokiego poziomu. Miałem okazję przekonać się o tym, słuchając jej występów w ramach kolejnych festiwali w Łańcucie. Od niedawna funkcję dyrektora naczelnego i artystycznego Filharmonii sprawuje wybitny organista Marek Stefański, artysta o rozległych horyzontach i niekwestionowanym dorobku. Wróży to pomyślnie przyszłości tej instytucji, co potwierdził wieczór 9 listopada. Tegoroczne Święto Niepodległości Filharmonicy Rzeszowscy uczcili koncertem, na który złożyły się kompozycje Szymanowskiego, Góreckiego i Malawskiego - patrona Filharmonii (w tym roku przypada pięćdziesiąta rocznica jego śmierci). Już otwierająca program wieczoru Uwertura koncertowa op. 12 Szymanowskiego ujawniła bardzo dobrą formę dyrygenta i orkiestry. Tomasz Chmiel trafnie zaakcentował klimat młodzieńczego optymizmu, heroizmu i orkiestrowego blasku, który przenika to bogato zinstrumentowane, młodzieńcze dzieło, świadczące o fascynacji muzyką Ryszarda Straussa. Dla odmiany Koncert fortepianowy Góreckiego przemawia uproszczonym językiem dźwiękowym, odwołującym się do tradycyjnej formy. Pasażowo-gamowe figuracje fortepianu na tle stałego motywu melodycznego smyczków w części pierwszej nadają temu utworowi charakter nieustępliwie motoryczny, a jednocześnie wymagają dokładności i precyzji. Współpraca Anny Góreckiej z dyrygentem zasługuje na najwyższe uznanie, jeśli wziąć pod uwagę klarowną i staranną realizację partytury. W Vivace marcatissimo stosownie wyeksponowano kontrasty między solo i tutti, a wyhamowanie motoryki w kodzie utworzyło trafny akcent wyrazowy. W drugiej części wieczoru licznie zgromadzona publiczność wysłuchała rzadko wykonywanej na polskich estradach II Symfonii „Dramatycznej" Malawskiego. To szeroko rozpięte dzieło o szczególnie gęstej fakturze i dużym natężeniu emocji budzi skojarzenia z tradycją symfonizmu późnoromantycznego, ale i z twórczością Szostakowicza. Nacisk na maksymalnie intensywny wyraz uczuciowy skutkuje wyraźną rezygnacją z nowych środków ekspresji i nawiązaniem do wypróbowanej, bardziej tradycyjnej estetyki. Chmiel skupił się na podkreśleniu zróżnicowania pięciu części symfonii. Posępna i tragiczna introdukcja początkowego Allegro kładzie się cieniem na dalszym przebiegu narracji muzycznej i ten klimat przenika całość utworu. Dobrze skonstruowane napięcie tematu głównego i dokładne odsłonięcie szczegółów rozległej pracy motywicznej w przetworzeniu stały się filarami, na których zbudowano interpretację tej części. Równie trafnie dyrygent wyeksponował przenikanie się rozmaitych schematów konstrukcyjnych i wzmożony ruch rytmiczny w części III (Scherzo). Pogłębiony i poważny typ ekspresji dominował w Intermezzo, finałowe Capriccio znów stanowiło przykład intensywności brzmienia i logicznie zbudowanego napięcia, utrzymanego aż do kulminacji. Bez wątpienia Symfonia „Dramatyczna" nie należy do dzieł łatwych w odbiorze, piętrzy też trudności przed orkiestrą. Z tym większą radością odnotowuję godną podziwu precyzję rytmiczną, nieskazitelną intonację i dbałość o barwę dźwięku we wszystkich grupach. Filharmonicy Rzeszowscy potwierdzili reputację jednej z lepszych orkiestr w kraju.
STEFAN MŰNCH
Ruch Muzyczny, 14 października 2007, nr 21
"Barbizon wiśniowski" w Filharmonii Rzeszowskiej
Filharmonia im. Artura Malawskiego w Rzeszowie rozpoczyna swój 53. sezon koncertowy 2007/2008 pod kierunkiem nowego dyrektora naczelnego i artystycznego Marka Stefańskiego, czołowego polskiego organisty młodego pokolenia. Sezon ten ze wszech miar zasługuje na uwagę. W bieżącym roku mija 100. rocznica urodzin i 20. rocznica śmierci Zygmunta Mycielskiego - kompozytora, publicysty, krytyka muzycznego, propagatora polskiej muzyki współczesnej. Jego III Symfonię - Sinfonię breve umieszczono w programie koncertu inaugurującego sezon, 28 września 2007, pod dyrekcją Marka Pijarowskiego, I dyrygenta Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Rzeszowskiej. Zygmunt Mycielski urodził się na ziemi rzeszowskiej w Wiśniowej. Pałac w Wiśniowej był niezwykłym miejscem w dawnej Galicji, a potem w II Rzeczypospolitej, gdzie istniała harmonia wielu składników życia i obyczaju ziemiańskiego: dobrze prosperujące gospodarstwo rolne, dostarczające podstaw bytu ekonomicznego, pielęgnowanie zamiłowań artystycznych, aspiracje intelektualne, kultywowanie polskiej tradycji. Trzy pokolenia przybyłego tu w połowie XIX wieku z Wielkopolski rodu Mycielskich uczyniły z tej siedziby ziemiańskiej centrum życia towarzyskiego i artystycznego, któremu nadano miano „Barbizonu Wiśniowskiego”. To odwołanie do francuskiego Barbizon, do którego w połowie XIX wieku ściągali malarze pracujący w plenerze, potwierdzało ciągłość tradycji wiśniowskiego domu, gdzie spotykali się znamienici artyści, malarze, muzycy, ludzie sztuki i literatury, serdecznie tu podejmowani przez gospodarzy. W Wiśniowej przebywali i tworzyli Tadeusz Stryjeński, Józef Mehoffer, Alfons Karpiński, Stanisław Szczepański. Pod koniec lat trzydziestych na zaproszenie Zygmunta Mycielskiego spotykali się tu młodzi członkowie paryskiego Stowarzyszenia Muzyków: Tadeusz Szeligowski, Eugenia Urnińska, Gustaw Wolff, Zygmunt Przeorski. Do Wiśniowej zapraszany był również twórca Harnasi, lecz jego przyjazdowi przeszkodziła choroba. Na letnie plenery do Wiśniowej przyjeżdżali malarze z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych serdecznie zaprzyjaźnieni z ostatnimi właścicielami majątku Janem i Heleną (Hanną) Mycielskimi: Jan Cybis i Hanna Rudzka-Cybisowa, Józef Czapski, Tytus Czyżewski, Leon Chwistek, Zbigniew Pronaszko i Czesław Rzepiński, Felicjan Kowarski. Hanna Mycielska wizyty te wspominała: „To nie były plenery, nie organizowaliśmy też żadnych wystaw. Po prostu przyjeżdżało grono przyjaciół i znajomych. Przebywali z nami przez dwa, trzy letnie miesiące. Każdy z nich oddawał się własnym zajęciom i tylko gong zwoływał gości na posiłki. Dwór w Wiśniowej pełen był bliskich nam ludzi. Pozostawały po nich wpisy w księdze pamiątkowej, rysunki, szkice, obrazy. To były pamiątki, którymi z biegiem lat zapełniały się wnętrza. W ten sposób powstawała kolekcja”. Część z owej kolekcji malarstwa, która zachowała się w zbiorach Muzeum Okręgowym w Rzeszowie została pokazana na wystawie „Barbizon wiśniowski” - polska gościnność, europejska kultura podczas inauguracji sezonu artystycznego. W fiharmonicznej galerii pokazano dzieła Jana Cybisa, Tytusa Czyżowskiego, Czesława Rzepińskiego, Wojciecha Weissa, Stanisława Szczepańskiego, Heleny Mycielskiej. W nadchodzącym sezonie koncertowym Filharmonia Rzeszowska uroczyście obchodzić będzie 50. rocznicę śmierci Patrona Filharmonii Rzeszowskiej - Artura Malawskiego. Z tej okazji 9 listopada 2007 odbędzie się koncert poświęcony pamięci uro¬dzonego w Przemyślu kompozytora. na którym wykonana zostanie m.in. jego II Symfonia Dramatyczna. Rocznicę tę uświetnia również konkurs kompozytorski na utwór przeznaczony na orkiestrę symfoniczną lub zespół kameralny z udziałem głosów solowych i chóru. 30 listopada 2007 w Rzeszowskiej Filharmonii gościć będzie Wojciech Kilar, honorowy obywatel miasta Rzeszowa, który obchodzi swe 75 urodziny. Podczas przygotowanego na tę okazję koncertu wykonane będą jego kompozycje religijne: Angelus, Victoria oraz Magnificat (mr).
Nowiny, 22 stycznia 2008
Sięganie do Dürera
Galeria, która działa w Filharmonii Rzeszowskiej dopiero od tego sezonu już może śmiało konkurować z instytucjami i ośrodkami w regionie, które służą wyłącznie prezentowaniu dzieł sztuki. Przykładem aktualnie czynna w niej i ciesząca się sporym zainteresowaniem wystawa fotografii Michała Drozda. Ten krakowski artysta, pochodzący z Rzeszowa, jest na jego ulicach postacią znaną i rozpoznawalną. Do tej pory zdobył kilka prestiżowych nagród m.in. na Biennale Plakatu w Płocku i Mistrzostwach Polski w Fotografii Studyjnej w Warszawie. Wizje bardzo osobiste Interesuje się malarstwem okresu renesansu i baroku. Te zainteresowania wyraźnie emanują z jego prac fotograficznych. Cechującą dobitnie oba te okresy w malarstwie alegoryczność wykorzystuje wrażliwie do bardzo osobistych wizji i puent. Widać to zwłaszcza w portretowanych scenach figuralnych, gdzie nietrudno nie zauważyć wpływu na jego wyobraźnię tak wielkich postaci w sztuce jak Lorenzo Lotto i kultowy dla swojej epoki Albrecht Dürer. Profanum i sacrum Dla Michała Drozda najważniejszy jest człowiek, który bywa raz smutny, to znowu radosny, a zawsze uwikłany w ponadczasowy wybór miedzy profanum i sacrum. Fotografie artysty mają w sobie aurę romantyzmu, emanuje z nich tajemniczość i zmysłowość. Nie można oglądać ich bez emocji.
Andrzej Piątek
List od Mieczysława Janowskiego
POSEŁ DO PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO DR MIECZYSŁAW E, JANOWSKI Strasburg -Rzeszów, 20 czerwca 2008 r.
(...) Kto przyjaciel, ten niech zaraz, stanie tutaj pośród nas. I kto wielką miłość znalazł, ten niech z nami dzieli czas. Z nami ten kto choćby, jedną duszę rozpromienić mógł (...) „Oda do radości” Fryderyk Schiller
Szanowny Pan Dr Marek STEFAŃSKI Dyrektor Naczelny i Artystyczny Filharmonii im. Artura Malawskiego w Rzeszowie
Wielce Szanowny Panie DYREKTORZE, Dobiega końca kolejny, już 53. sezon artystyczny Filharmonii Rzeszowskiej. Pragnę zatem pięknie podziękować za to wszystko, co Państwo od lat wnosicie w przestrzeń kultury Rzeszowa, Podkarpacia, Polski i Europy. To nie przesada, bo tego dowodzą chociażby świetne efekty współpracy z Bielefeld, 47. Muzyczny Festiwal w Łańcucie oraz 16. edycja Wieczorów Muzyki Organowej i Kameralnej. Ten mijający czas był dobrze wykorzystany zarówno przez naszych filharmoników, jak i przez publiczność. Można zsumować liczbę koncertów i imprez muzycznych, a było ich zapewne około 70. Można też policzyć wszystkich melomanów i stwierdzić, że starczyłoby ich na całkiem pokaźne miasto powiatowe - bo prawie 30 tysięcy. Te statystyczne zestawienia mówią same za siebie. Mówią dużo, ale nie wszystko - nie oddają one bowiem znakomitej atmosfery, jaka charakteryzuje każdy koncert, czy to w naszej Filharmonii, czy też wykonywany przez naszych muzyków. Jestem wdzięczny Państwu także za wspieranie edukacji muzycznej poprzez otwartość wobec młodzieży i zapraszanie młodych, zdolnych artystów. To cieszy i na pewno przyniesie dobre owoce. Dziękuję przeto wszystkim, dzięki którym te dobra duchowe, te walory piękna, mogły zaistnieć. Dziękuję Szanownym Paniom i Panom artystom-muzykom, którzy poświęcali swe talenty i swój czas. Dziękuję pracownikom służb technicznych i administracyjnych. To Państwa ofiarnej, chociaż nie zawsze dostrzegalnej, pracy publiczność zawdzięcza możność delektowania się muzyką. Naturalnie, nie mogę zapomnieć o naszej fantastycznej i wiernej publiczności, pośród której -jeśli tylko mogę - staram się bywać. Bez tych zakochanych w muzyce słuchaczy nie byłoby Filharmonii. Pozdrawiam więc Szanowne Panie i Szanownych Panów ze słonecznego Strasburga. Na koniec, dziękuję Panu, Szanowny Panie Dyrektorze, za podjęcie trudu kierowania tą instytucją muzyczną, której stał się Pan zwornikiem. Gratuluję i oczekuję więcej. Mam nadzieję, ba, mam głębokie przekonanie, że się nie zawiodę. Dziś niechaj rozraduje nas Ludwig van Bethoven i jego wielkie dzieło - IX Symfonia d-moll op. 125. Ta muzyka przemawia do ludzi na całym świecie. Kosz kwiatów, który dołączam, niech będzie wyrazem uznania za mijający sezon oraz najlepszych życzeń na bliższą i dalszą przyszłość. Z serdecznym uszanowaniem i życzeniami udanego wypoczynku
dr Mieczysław Janowski
List od Tadeusza Ferenca
Pan Marek STEFAŃSKI Dyrektor Naczelny i Artystyczny Filharmonii im. A. Malawskiego w Rzeszowie oraz Muzycznego Festiwalu w Łańcucie
Z satysfakcją przyjąłem zaproszenie na UROCZYSTY KONCERT FINAŁOWY, kończący 53. sezon artystyczny Filharmonii Rzeszowskiej.
Gratuluję inicjatywy i dziękuję za trud przygotowania dzisiejszego Koncertu. Jestem przekonany, że tak jak udany był cały sezon artystyczny Filharmonii, tak pomyślne, a przede wszystkim radosne będzie jego zakończenie. Gwarantuje to już sam program Koncertu. IX Symfonia d-moll op. 125 Ludwiga van Beethovena - jeden z najwybitniejszych i najbardziej znanych utworów muzyki klasycznej, zwana jest przecież także „Symfonią Radości". Cieszę się, że zabrzmi ona również w Rzeszowie Wielkie dzieła to także wielkie wyzwanie dla Artystów. Już teraz pragnę wyrazić głęboką wdzięczność i uznanie dla ich mistrzostwa. Nie mam żadnych wątpliwości, że zarówno Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Rzeszowskiej oraz Chór Polskiego Radia z Krakowa, jak i zaproszeni soliści: Bożena Harasimowicz - sopran, Urszula Kryger - mezzosopran, Paweł Skałuba - tenor, Piotr Nowacki - bas, pod dyrekcją maestro Marka Pijarowskiego, wprowadzą melomanów obecnych w sali Filharmonii na wyżyny artyzmu. Korzystając z okazji dołączam dla wszystkich Państwa serdeczne pozdrowienia i życzenia udanego letniego wypoczynku. Wierzę, że dla wielu z nas będzie to wypoczynek przy muzyce, także tej w wydaniu klasycznym i symfonicznym.
Z poważaniem
Prezydent Miasta Rzeszowa
Tadeusz Ferenc
|
|